19.06.2018

Od Aramisa cd. historii Megan

Rozejrzał się po przestronnej kuchni, by po chwili jego wzrok skupił się na plecach białowłosej. Dziś Aro włożył na sobie czarną koszulkę i wojskowe spodnie wpuszczone w buty o wysokiej cholewce. Siedział wygodnie, krzyżując długie nogi w kostkach. Po oddaniu jej więźnia - bo inaczej Thomasa nazwać nie mógł - odwrócił głowę od widoku zabijania istoty ludzkiej. Natury się nie oszuka. Smutkiem napawała go śmierć każdej jednostki. Ten człowiek w zasadzie nie był zły. Po prostu podjął kilka złych decyzji i pogubił się w życiu. Ale czy tego samego nie można powiedzieć o każdym? Niezliczone masy ludzkie można by było w ten sposób usprawiedliwić. Granica dobra i zła nie jest taka wyraźna jak mogłoby się wydawać. To własnie wolna wola. Możliwość podejmowania każdych decyzji wedle własnych powodów. Dlatego później przychodzą konsekwencje, za które słono się płaci.
Gdy zapytała o informacje, poprawił się na krześle przechodząc z wyluzowanej postawy do tej sygnalizującej rozmowę o sprawach ważnych i ważniejszych. Wyprostował się i oparł dłonie na stole, a rysy twarzy nieco się wyostrzyły.
- Naturalnie. Może jednak najpierw zanieś jedzenie Lyodowi? Szykuje się dość długa opowieść. - odparł spokojnie. - Chłopiec będzie potrzebował jakichś... - przekrzywił głowę na bok i spojrzał kontem oka w stronę pokoju w którym przebywał dzieciak, wyczuwając go - Dwóch maksymalnie trzech dni by wrócić do stu procentowej sprawności.
Kobieta przystała na to, dokończyła przygotowywanie śniadania i zaniosła je do kotołaka. Przez ten czas nie ruszył się, niczym żywy posąg, siedząc w tym samym miejscu i patrząc w okno. Zawiesił się. Myślał o sprawie, która ewidentnie, nie miała zamiaru się tak szybko zakończyć. Z kałuży zrobiło się jezioro. Głębokie i pełne ukrytych zagrożeń. Przynajmniej anioł będzie miał jakąś rozrywkę. Jakąś odmianę od monotonnej codzienności, która chociaż miła to po jakimś czasie mogła się zwyczajnie znudzić.
 Thomas był wiarygodnym źródłem informacji. Przynajmniej po tym jak anioł dotarł do niego w ten czy inny sposób. Gdy chłopak uświadomił sobie, że i tak czeka go śmierć z ręki jak nie Czarno Skrzydłej, to swojego Mistrza, a tylko Aro może zapewnić bezpieczeństwo jego duszy po prostu się poddał. Siedział na wybitnie niewygodnym krześle i pozwalał, aby Świetlisty wypytywał go o wszystko co było mu potrzebne do dalszych kroków. Kto? Gdzie? Jak? Po co? Jakie ma plany? Brunet kilkakrotnie zaznaczył iż jego pan, nie należy do osób które mówią o wszystkim swoim uczniom, więc jego słowa mogą być ogólnikowe i nie mieć zbyt dużej wartości. Dla długowłosego każda informacja była jednak cenna. Dzięki nim mógł już pójść za jakimś tropem którego młody mag nie zauważał i poczynić odpowiednie kroki. Gdy kobieta wróciła, poruszył się nieznacznie, skupiając na niej swoją uwagę.
- Thomas był jedynie pionkiem. Ktokolwiek chciał twojego chłopca, może po niego wrócić w każdej chwili. Na początku myślałem, że chce go do tworzenia hexów, ale wyprowadzono mnie z błędu. Owszem Mistrz to czarny mag wysokiej klasy, a Tom był jego uczniem... - zaczął gestykulować dłońmi dla podkreślenie niektórych słów i marszczył brwi gdy się nad czymś zastanawiał. - Jednak chodziło tu o jakiś rytuał. Wiesz o szamanach? Mag zawarł w nim pewnego rodzaju układ. Sojusz. Zamiast korzystać z organów samych zwierząt które dawały tymczasowe efekty, chcieli spróbować z istotami nadnaturalnymi. Na ile przejmie ich cechy? Jakie one będą? Czy zaklęciami da się wydłużyć ich działanie? Chcieli na nim eksperymentować, alby uzyskać wyniki w badaniach i zobaczyć co uzyskają łącząc te dwie dziedziny... Lyod'a upatrzyli sobie wcześniej, musieli was obserwować co najmniej od kilku ostatnich tygodni. - zamilkł na chwilę. - Mam ich portrety.
Wyciągnął z kieszeni kartki złożone dwukrotnie na pół. Wyprostował je i przesunął po blacie w stronę kobiety. Jak artyście przystało, odwzorował ich najdokładniej jak był w stanie. Mężczyznę z włosami obciętymi na wysokości szczęki koloru antracytu, nawet zen złowrogi błysk w ciemno zielonym oku był zachowany. Drugi mężczyzna, już całkiem wzorowany na wspomnieniach Toma, a nie Aramisa był chudszy od swojego poprzednika. Ciemniejszą skórę, ostre rysy twarzy, mocno widoczne kości policzkowe. Na opaloną twarz spadały ciemnych brązowych loków. Równie ciemne były jego oczy. Niemal jak czarne, puste tunele.
 - To ten pseudo Mistrz, a to szaman. - postukał palcem w papier. - Ten drugi prawdopodobnie jest na coś chory albo sporo wygłodzony. Nie jestem medykiem, ale wygląda jakby coś zjadało go od środka... - Zamyślił się na chwilę. - No cóż... Będę musiał się tym zająć. Pilnuj swojego podopiecznego, mogą po niego wrócić i tym razem z kimś gorszym niż Tommy.
Uśmiechnął się stając lekko za oparciem krzesła. Jakby zza chmur wyszło słońce. Ciężkie buty zaszurały.
- Co zamierzasz? - zapytała.
Jej obojętna twarz robiła mylne wrażenie, że nie interesuje ją nic w otaczającym świecie. A przecież obchodził ją jej wychowanek. Uroczy chłopiec swoją drogą. Dogadałby się z Luką.
- Em... Zamierzam najpierw zebrać informacje, trochę się pokręcę, dopracuję strategię i dorwę drani. - wzruszył ramionami, mówiąc tonem jakby mówił o zorganizowaniu niedzielnego obiadu. - Napuszczę na nich łowców, niech się sami nimi zajmą.
 Nagle sobie coś uświadomił i jego twarz przybrała wyraz nagłego olśnienia.
- Bardzo przepraszam! Gdzie moje maniery? Nie przedstawiłem się. Armaros, chociaż wolę gdy ludzie mówią mi Aramis. Jestem Aniołem Obserwatorem. - skinął jej głową z szacunkiem. - Jeśli zobaczysz coś podejrzanego wystarczy że się do mnie pomodlisz albo zawołasz. Przybędę do Ciebie.
Pani...?
Zaczekał by przynajmniej podała swoje imię. Lubił znać osoby którym pomógł lub z którymi współpracuje. Trochę głupio zostać anonimowym gdy twoja intuicja mówi ci że jeszcze nie raz się spotkacie. A Aramis był o tym święcie przekonany, mógł nawet postawić na szali pióra ze swoich kolorowych skrzydełek.

<Megan?>

18.06.2018

Od Rivena

Minęły dwa dni od kiedy wyjechałem z miasta Livrephill. Spędziłem tam przeszło dwadzieścia lat, nie żebym czuł sentyment czy żal, to była praktycznie duża wieś. Nie urządzano tam żadnych bali, przedstawień teatralnych, o rozrywkach wysokiej klasy można było sobie tylko pomarzyć. Nikogo więc chyba nie zdziwi fakt, że opuszczenie tego bagna jest dla mnie czymś więcej niż przyjemnością. To był najszczęśliwszy dzień odkąd się tam wprowadziłem, dzień wyjazdu. Nie wziąłem nic oprócz jednej średniej wielkości, skórzanej, czarnej walizki. Nie miałem więcej cennych rzeczy, nie przywiązywałem wagi do bogactwa. Nie to się dla mnie liczyło najbardziej. Bez żalu zamknąłem po raz ostatni ciężkie mahoniowe drzwi mojego, nie już byłego, wielkiego, gotyckiego domu. Ten budynek to jedyne za czym będę tęsknię. Uwielbiałem to, że każdy mi go zazdrościł, dorównywał bowiem wielkością królewskiemu zamkowi. Zbudowany z czarnej cegły, przecinał mgłę ostrymi jak miecze wieżami, które ozdobione były kamiennymi golemami, patrzącymi złowrogo na każdego nieuważnego przybysza, który zapuścił się w tę część miasta. Nie wiem, czy teraz będę mógł pozwolić sobie na tak okazałe domostwo. Prawdę powiedziawszy postąpiłem nierozsądnie wyjeżdżając do miasta w którym nigdy nie byłem, bez wcześniejszego rozeznania na rynku nieruchomości. Nie martwię się o pracę, płatny zabójca zawsze znajdzie zlecenie, ponieważ zawsze znajdzie się człowiek który będzie chciał pozbyć się kogoś niewygodnego. Ten obrzydliwy, społeczny mechanizm występuje wszędzie, nie ważne czy to na jednym krańcu świata, czy na drugim.
Podróż trwała aż trzy dni, zdążyłem przez ten czas wyobrazić sobie moje nowe życie, w nowym mieście - Castleconor. Z tego co słyszałem od podróżników przesiadujących w barze było ono nadzwyczaj interesujące. Kiedy zobaczyłem je na własne oczy było już późne popołudnie, słońce zbliżało się do ziemi, nadając niebu pomarańczowo-fioletowy odcień. Nie mam w zwyczaju zachwycać się pięknem krajobrazu, lecz tym razem widok zachodzącego słońca poruszył martwą dotąd strunę w moim sercu. Pomarańczowe promienie słońca odbijały się od szyb, które wyglądały jakby to one emitowały kolorowe promienie. Okna wyglądały z daleka jak małe gwiazdy witające podróżnych. Nie miałem jednak dużo czasu by zachwycać się tym widokiem, musiałem znaleźć jakiś hotel, albo dom do wynajęcia. Wątpiłem, że sprzedadzą mi mieszkanie albo dom od ręki. Szczęśliwym trafem przejeżdżając przez główną ulicę miasta, stojąc na światłach, zobaczyłem ogłoszenie. Informowało ono o możliwości wynajęcia mieszkania w całkiem okazałym domostwie. Nie tracąc czasu szybko spisałem adres i numer telefonu z ogłoszenia, a gdy zapaliło się zielone światło, ruszyłem na najbliższy parking. Sprawdziłem tam na mapie miasta lokalizację mieszkania i zaznaczyłem najkrótszą trasę. Gdy dojechałem pod dom w którym znajdować się miało moje przyszłe mieszkanie nie mogłem nie być zadowolony. Posiadłość była naprawdę ogromna, nie mógł oprzeć się pokusie i widząc uchylone, frontowe drzwi, wszedł do środka. Pomarańczowe promienie wlewały się przez wysokie okna do przestronnych pomieszczeń, odbijając się od złotych zdobień i tańcząc na diamentowych szkłach i porcelanie. Obszerne korytarze i pokoje zalewane zostały jasnym blaskiem, wpadającym przez szerokie okna, co czyniło ich wnętrza przyjazne i w pewien sposób natchnione. Wspiąłem się po lśniących czystością schodach, znalazłem się w skąpanym złotem korytarzu, którego jasne ściany tonęły pod świetnością zdobnych ram okuwających malownicze obrazy. Na drugim piętrze zauważyłem drzwi wyróżniające się od innych. Ich główną ozdobą była pozłacana klamka, przypominająca lwa. Nacisnąłem ją, mając nadzieję, że za pięknymi drzwiami znajdę właściciela posiadłości.

<Cavalcanti>

Koniec czasu

Z dniem dzisiejszy odchodzą te osoby, które miały, a nie wysłały opowiadania do 17.06.

Arashi Doragon oraz Sebastian Morningstar.

17.06.2018

"Największe cuda powstają w największej ciszy."

Wracamy!

Po tych dniach remontu, Iterum wraca do żywych, ale z małymi zmianami i dodatkami. Ponad to została przeprowadzona czystka.

Od Lucy cd. historii Raito

- Jesteś i będziesz dla mnie ważna…
Słowa bruneta bezustannie krążyły w mojej głowie, nie pozwalając mi myśleć o niczym innym. Czułam się jak w innej bajce. Wszelkie otoczenie wokół mnie zostało wessane przez czarną dziurę, przez co widziałam tylko i wyłącznie chłopaka przed sobą.
Momentalnie przed oczami stanęły mi wszystkie nasze wspólne chwile z Raito. Pierwsze spotkanie, gdy miałam go za człowieka, który chciał skrzywdzić Fina, ale potem postanowił go przygarnąć. Wyjście do restauracji „Pod pinezką” wraz z nocą spędzoną u czarnowłosego. No i ten wypadek, po którym tak mocno się zbliżyliśmy… Nigdy nie przypuszczałam, że zwiążę się z kimś tak mocno mimo mojego charakteru. Byłam wręcz pewna, że już do końca z nikim innym nie będę się zadawać, niż z babcią, panią z biblioteki i z Mili.
Po kilku, jak nie kilkunastu minutach, w końcu mogłam się skupić na teraźniejszej sytuacji. Spojrzałam w piękne oczy Płomyka, które tak cudownie świeciły. Popatrzyłam na te jego czarne niczym węgiel włosy w artystycznym nieładzie, które jeszcze wczoraj próbowałam jakoś ułożyć. W końcu swoje oczy przeniosłam na dłonie, na których leżał prezent. Dla mnie. Od chłopaka. Bransoletka była po prostu przepiękna. Nie chciałam wiedzieć, czy wykonane z niej perły były prawdziwe, wolałam sobie wmówić, że są sztuczne.
- Podoba ci się? - usłyszałam nad głową głos jasnookiego. Długo nie zastanawiałam się nad odpowiedzią, czując, jak do oczu napływają mi łzy.
- Bardzo – odpowiedziałam. Dostrzegłam jeszcze, jak Raito wyciąga swoje dłonie, zamierzając zapewne zapiąć biżuterię na moim nadgarstku. Reszta kompletnie mi się rozmazała przez łzy. Krople albo spływały mi po policzku, albo skapywały na szkiełka okularów, czego szczerze nienawidziłam.
- Ty płaczesz? - zapytał po chwili.
- To ze szczęścia – zaśmiałam się, podnosząc głowę w górę, by na niego spojrzeć. Zdołałam jakoś dostrzec, jak też się uśmiecha. Nie wytrzymałam i w końcu go objęłam w pasie, mocno ściskając. Wtuliłam się w niego, kompletnie chowając głowę w jego czarnej koszuli.
Miś, którego jeszcze chwilę temu trzymałam pod pachą, upadł na chodnik, ale mało mnie to obchodziło. W domu się go wyczyści. Teraz dla mnie liczył się tylko brunet przede mną. Poczułam, jak delikatnie kładzie na dłonie na moich plecach, w ten sposób mnie obejmując.
- Bardzo ci dziękuję – szepnęłam, mając nadzieję, że chłopak jakoś jednak to usłyszał. Nie wiem, ile czasu tak staliśmy w swoich objęciach, ale jak dla mnie, to mogła być nawet cała wieczność. „Obudziłam” się dopiero na dźwięk otwieranych drzwi od klatki bloku za mną.
- Lulu? - Od razu rozpoznałam głos babci. Jak oparzona oderwałam się od Płomyka, kierując się w jej stronę, dodatkowo szybko wycierając oczy z łez.
- Tak myślałam, że to ty – dodała, ciepło się uśmiechając. Miała na sobie sweter, który rok temu kupiłam jej na urodziny, a w dłoni trzymała worek. No tak… wyszła, by wyrzucić śmieci. Wtedy przypomniało mi się o ciemnowłosym za mną. Zrobiłam krok w bok, by mogli na siebie wzajemnie spojrzeć.
- Płomyk, to jest moja babcia, Judy. Babciu… to jest Raito – przedstawiłam ich sobie. Poczułam, jak nogi mi się trzęsą. Nie wiedziałam tylko, czy to ze stresu, czy z zimna. Wtem dostrzegłam szarego misia samotnie leżącego na ziemi. Szybko się schyliłam, biorąc go w swoje ramiona i mocno przytulając. Babcia zrobiła kilka kroków w naszą stronę.
- Miło mi panią poznać – odezwał się jasnooki, nie ruszając z miejsca. Babcia jednak mu nie odpowiedziała, zwróciła się tylko w moją stronę.
- Twój tata dzwonił – powiedziała. Wtedy mnie zmroziło. Tata… dzwonił…?
- Kiedy…?
- Godzinę temu. Pytał się, gdzie jesteś i że w najbliższym czasie chciałby cię odwiedzić. Idziesz do domu?
- Zaraz przyjdę… - wyznałam, patrząc znad okularów na Raito obok. Oboje poczekaliśmy, aż moja babcia wyrzuciła worek do kontenera stojącego dość niedaleko, po czym znowu stanęliśmy na wprost siebie.
- Ja… również ci dziękuję za dzisiaj, też się świetnie bawiłam. Za bransoletkę również ci dziękuję – wyznałam. Jednak od razu przypomniałam sobie coś, dzięki czemu moglibyśmy się jeszcze jutro spotkać.
- Jeśli jutro nie musisz iść do pracy… to może byśmy jeszcze gdzieś wyszli…? Większość moich nauczycieli dokądś wyjeżdża i mam zaledwie trzy lekcje, więc… Co ty na to…? - zapytałam z wyczuwalną nadzieją w głosie.

< Raito? Przyjmuje przeprosiny c: >