czwartek, 7 listopada 2019

Od Stanisława cd. historii Alexie

Zastanawiałem się dłuższą chwilę nad tym co powiedział mój partner po czym spojrzałem na niego. Zadowolony patrzył przed siebie z delikatnym uśmiechem w kąciku ust i prowadził spokojnie nasz wóz. Znów wróciłem wzrokiem do mojej bocznej szyby, dając dłoń na swój policzek i przecierając go. Dwudniowy zarost delikatnie drapał moje opuszki palców, przez co lekko mnie to łaskotało. Chociaż może bardziej mnie to drażniło. Sam nie wiem i nie zamierzam się nad tym zastanawiać. Mijaliśmy domy, puby, latarnie, jednak mój wzrok był nieruchomy, jakby utkwiony w jednym miejscu na szybie. Odwróciłem się po chwili znów w stronę Antoniego.
- ... Ugh... - Westchnąłem jednak zrezygnowany wracając do szyby bocznej.
- Dalej cię to zastanawia, huh? Kombinuj. - Odpowiedział spokojnie mężczyzna z zadowoleniem na twarzy.
Zadowolenie to w sumie złe słowo. Można spokojnie to przyrównać do banana. Takiego wygiętego idealnie w łuk. Nosił banana na twarzy praktycznie od rana, gdy dostał kluczyki do samochodu. Moje przemyślenia i kontemplacje przerwało jednak wezwanie z dyspozytorni. Kradzież w fabryce broni. Spojrzałem na radio, następnie na Antoniego. Odpaliłem sygnały za niego i ruszyliśmy pod wskazany adres, który wyświetlił się na tableciku.
Po około dziesięciu minutach byliśmy już na miejscu. Podjechaliśmy bliżej bramy od załadunku. Wszystkiemu się uważnie przyglądałem po drodze, rozmyślając o niektórych aspektach. Gdy wyszliśmy z auta od razu mi tutaj coś śmierdziało. To miejsce nie wyglądało na takie łatwe, szczególnie jeśli chodzi o rabunek. Ochroniarze, dwie bramy, wysokie ogrodzenie i cała masa ludzi. Nawet jeśli pracują na jedną zmiane to raczej kradzież broni nie jest zadaniem na przysłowiowe pięć minut. A może jest tylko ja tego sobie nie potrafię wyobrazić? Choć patrząc na rozmiary tego gmachu wątpie by ludzie pracowali tutaj na jedną zmianę. Oprócz tego dochodził jeszcze monitoring, którego tutaj też nie brakowało. Od razu uznałem, że więcej osób musi być w to zamieszanych. Po chwili dojechały jeszcze dwa radiowozy i technicy. Policjanci mieli pomóc nam zabezpieczyć teren i przesłuchać pracowników. Nie było to łatwe zadanie, gdyż był tu ogrom ludu. Wiadome było, że przepytamy może jedną część, a resztę trzeba by było na komisariacie. Pech w tym, że to im dawało szanse na dogadanie jakichś szczegółów, o ile personel był w to wszystko zamieszany. Technicy od razu udali się do miejsca, w którym nastąpiło włamanie. O ile to dobre słowo, bo równie dobrze mogli po prostu stąd wyjechać.
Antoni powoli spisywał pytania, na które odpowiadali świadkowie, męczeni przeze mnie i moje pytania. Oprócz pytań o samą sprawę zadawałem pytania o imie matki, nazwisko, gdzie mieszkają, co robili do tej pory. Trochę gry psychologicznej nigdy nie zaszkodzi. Prócz tego sprawdzałem ich wiarygodność. Człowiek, którego się przepytuje o morderstwo, lubi się pogubić, gdy nagle zapyta się o jego dzieciństwo lub pierwszą miłość. Każda przygotowana odpowiedź lubi się wtedy załamać lub zagubić. W tej pracy trzeba było być spontanicznym na tyle, ile pozwalały warunki. Widziałem, że mój partner już powoli miał dość moich pytań, dlatego przystopowałem z niektórymi pytaniami. Dziwił mnie jednak fakt, że nie ma tutaj właściciela, albo chociaż jego zastępcy, szczególnie w sytuacji kradzieży. Gdy już przesłuchaliśmy wszystkich pracowników, którzy byli na zmianie, stwierdziliśmy, że pora wracać na komisariat, aby pozbierać wszystko w całość. Technicy wraz z patrolem musieli zabezpieczyć nagrania z monitoringu fabryki oraz pobliskich terenów. Powoli wsiedliśmy do samochodu i skierowaliśmy się ku bramie. Wyjeżdżając, nakazałem Antoniemu by podjechał pod biuro fabryki. Poprosiłem tam sekretarkę, aby przekazała któremuś z panów, by się z nami skontaktowali w jak najszybszym terminie. Obdarzyłem panią delikatnym uśmiechem i ruszyłem do samochodu. Teraz mogliśmy wrócić na komisariat.
Poprosiłem o wolną salę konferencyjną, aby podsumować nasze zdobyte informacje. Przygotowałem dwie tablice, zdjęcia i notatki. Czekaliśmy z Antonim i dwoma mężczyznami z drugiego zespołu, na patrole i techników. W międzyczasie dostałem telefon od niejakiego Alexie Kershaw. Jak się okazało współwłaścicielem fabryki, która została okradziona. Umówiłem się z nim na przesłuchanie na następny dzień na godzinę czternastą. Po telefonie przyjechali technicy wraz z patrolami i rozpoczęliśmy obradę.
Okazało się, że monitoringu z miejsc najbardziej kluczowych nie było, z innych miejsc nagrania były złej jakości lub uszkodzone. Ktoś ewidentnie coś majstrował przy tym. Od patroli dowiedzieliśmy się, że nikt spoza fabryki na terenie zakładu nie przebywał. Kilka zeznań też się nie zgrywało ze sobą. Trzeba było przesłuchać teraz właścicieli oraz jeszcze raz wszystkich na spokojnie. Szczególnie tych, którzy byli niepewni w swoich zeznaniach. Resztę tego dnia spędziłem na papierkowej robocie.
Następnego dnia technicy oznajmili, że zabezpieczyli kamery z okolic miejsca zdarzenia. Oprócz tego znaleziono ślady opon ciężarówek w niedalekim lesie. Mieli to sprawdzić nieco później, gdyż przeglądali nagrania. Ja natomiast udałem się do naszego gabinetu, w którym Antoni pił kawe kontemplując nad nią. Spojrzał na mnie przelotem i rzucił.
- Ciekawi mnie co powiedzą właściciele. Wychodzi na to, że albo połowa firmy jest w to zamieszana, albo kierowcy ciężarówek czy czegoś tam byli podstawieni.
Kiwnąłem jedynie głową jakby się z nim zgadzając. Usiadłem na swoim miejscu i zająłem się przeglądaniem wezwań, czy ktoś nie zgłaszał dziwnych ciężarówek w podejrzanym miejscu, czy nic nie zostało skradzione i spis kierowców, którzy siedzieli już za kradzieże.
Około trzynastej pięćdziesiąt pojawił się Pan Alexie. Poprosiłem go do naszego biura i wskazałem na miejsce przed biurkiem.
- Dzień dobry... Stanisław Pancykiewicz i Antoni Baltori. Mamy kilka pytań do pana...

<Alexie?>

niedziela, 3 listopada 2019

Zawieszenie postaci

Postać Kaspiana Scotta zostaje zawieszona, z decyzji autora.

sobota, 2 listopada 2019

Zawieszenie postaci

Postać Oliviera Hamiltona zostaje zawieszona z powodu braku czasu - egzaminy i inne testy.

Od Moriggan cd. historii Christophera

Uciekł, wydrapał sobie dziurę i postanowił zwiać. O nie, nie miała zamiaru go puścić, przynajmniej póki znajdował się w pociągu. Nachyliła się na nowopoznanym i nad chochlikiem, który wbijał mężczyźnie pazury ze złości. Syknął na nią i pokazał kły. Powoli wyciągała w jego stronę dłonie, to musiał być szybki i pewnym ruch…
Pchnęła dłonie na chochlika, który był od niej szybszy i uskoczył w bok, a dłonie dziewczyny wylądowały na brzuchu chłopaka. Nie zdążyła go przeprosić, a tym bardziej zobaczyć reakcji, ponieważ jej wzrok spoczywał na stworzeniu, które siedział po drugiej stronie foteli. Tym razem nie czekając, rzuciła się na niego z pudłem, ale on znowu uskoczył. Pociąg nagle zahamował, a wtedy stwor postanowił zwiać z wagonu. Morgan ruszyła za nim. Youkai nie zatrzymywał się i nie patrzył na innych ludzi, którzy wyszli na korytarz. Biegł przed siebie, wywracając torby i popychając ludzi na ściany. Nie wiedział jednak, że daleko nie ucieknie, dlatego Moriggan nie biegła za nim jak szalona, nie tak, jakby to zrobiła na ulicy, gdzie nie patrzyłaby na samochody i ludzi, tutaj starała się spokojniej przecisnąć przez leżących, przepraszała ich, ale nie słuchała ich, kiedy coś mówili. Jej celem był tylko ten cholerny chochlik, któremu musiała znaleźć teleporter. W końcu dotarła na koniec wagonu, z którego nie mógł zwiać. Niestety w chwili, w której miała go chwycić, pociąg znowu zahamował, a na nią wpadła czyjaś torebka, uderzając w głowę. Prawdopodobnie był to portfel, dostała przedmiotem twardym, ale nie metalowym. Chociaż nie poczuła bólu, odsunęła się trochę od przejścia, dzięki czemu chochlik mógł znowu uciec. Widziała, jak wpada do czyjegoś przedziału, usłyszała krzyk i hałas spadających na ziemię toreb, a po chwili stworzenie wyskoczyła z przedziału i ruszyło przed siebie. Wtedy blondynka znowu ruszyła w pościg, lądując w swoim wagonie. Tam chochlik otworzył sobie okno i miał zamiar wyskoczyć. Ostatnia szansa, by go złapać. Moriggan wcale nie myśląc, rzuciła się do okna. Najpierw ręce, potem głowa, a następnie reszta ciała wyszła przez okno, musnęła ogon youkai. Widziała jeszcze jego rozbawiony wzrok, kiedy nie mogła go złapać, a on wylądował na trawie.
Mogłaby skończyć jak on, wypaść z otwartego okna, prawdopodobnie (raczej na pewno) sobie coś połamać i ruszyć za nim, zastanawiając się, czemu któraś z kończyn odmawia jej posłuszeństwa. Ale zamiast wypadnięcia z okna, Moriggan został wciągnięta z powrotem do pociągu. Silne dłonie, które chwyciły ją za biodra, mocno pociągnęły do siebie, w wyniku czemu wylądowała na ziemi, a konkretnie, to na mężczyźnie, z którym siedziała. Niezadowolona z tej ucieczki, z naburmuszoną miną szybko się podniosła i spojrzała na jasnowłosego. Podała mu dłoń, aby pomóc mu wstać.
- Przepraszam i dziękuje – odparła miło, chociaż wiedziała, że jej humor do końca drogi będzie kiepski. Tyle się nabiegała po mieście, by go złapać, żeby mógł sobie uciec, to skandal.
- Następnym razem cię nie złapię – burknął niezadowolony i usiadł na swoje miejsce. Dziewczyna poprawiła swoją torbę, położyła puste pudło na fotel i usiadła. Wlepiła swe oczy w okno, które chłopak przed chwilą zamknął.
- Co to było? To coś… w pudle? - chłopak przerwał ciszę. Morgan spojrzała na niego i przez chwilę milczała. Zastanawiała się, czy drążyć ten temat, czy opłacało się strzępić język dla dorosłego człowieka, który nie wierzy w takie rzeczy. Spojrzała na zegarek, mieli jeszcze sporo czasu.
- Jesteś pewny, że chcesz o tym rozmawiać? - zmrużyła oczy uważnie mu się przyglądając, ten spokojnie, a nawet nieco obojętnie pokiwał głową. Lekko się uśmiechnęła.
- Chochlik.
- Czyli?
- No taki stworek, który robi psikusy. Niestety one czasem robią coś poważniejszego… dla przykładu, dla żartów mogą komuś ogolić głowę, albo przeciąć hamulce w samochodzie – objaśniła.
- Rzeczywiście to poważne. A czemu go miałaś w pudełku? - zadał kolejne pytanie.
- Bo go złapałam, a musiałam natychmiast jechać do Castelarr – mężczyzna popatrzył na niej, nic nie rozumiejąc, a ona nie śpieszyła się z tłumaczeniem.
- Opowiesz mi coś o tych chochlikach? - zaproponował. Zmrużyła uczy, naprawdę chciał to wiedzieć? Tak z własnej woli?
- Kim jesteś z zawodu? - musiała wiedzieć, to było nieco podejrzane.
- Mikrobiologiem – kompletnie nie miała pojęcia, czym się taki ktoś zajmuje, ale wiedziała, że jest to związane z nauką, doświadczeniami i laboratorium… aż poczuła ciarki na plecach.
- No dobra. A co chcesz o nich wiedzieć? - chłopak przez chwilę się zastanawiał.
- Skąd pochodzą?
- Z innego wymiaru – zrezygnowała z podania nazwy, bo ludzie nie tylko jej nie zapamiętują, nie potrafią jej też powtórzyć.
- Jak żyją? Czym się żywią, żyją w stadach?
- Powiem tak: robią co chcą. Są samotnicy, niektóre żyją w grupach. Co do jedzenia, to nie muszą tak naprawdę jeść, po prostu niektóre produkty albo bardzo im smakują, albo coś im dają. Dla przykładu, od kawy i słodyczy są strasznie szybkie.
- Skoro mają swój wymiar, co one tu robią? - nagle przerwało im mocne zahamowanie pociągu, od którego poleciała do przodu i znowu wylądowała na mężczyźnie. Gdy była w stanie ustać na nogach, otworzyła okno i wyjrzała przez nie. Pociąg dalej hamował, ale nie zobaczyła kompletnie niczego. Zamknęła okno i wyszli z przedziału, jak pozostali pasażerowie. Przez długą chwilę nic się nie działo, aż w głośnikach rozległ się głos: „Przepraszamy za utrudnienia. Pociąg nie może dalej ruszyć.”. To było tyle, więcej żadnych informacji. Ludzie zaczęli się niepokoić, a potem wracać do swoich przedziałów i zabierając rzeczy, ruszyli do wyjścia. Morgan postąpiła tak samo, a po chwili także jej towarzysz z pociągu. Wyszli na zewnątrz, tam poszli na początek pojazdu. Najpierw dziewczyna musiała się przecisnąć przez tłum ludzi, a potem nie dowierzać własnym oczom: torów nie było. Konduktorzy stali na miejscu zdarzenia, dzwonili do różnych ludzi, rozmawiali i próbowali się dowiedzieć, co się stało. Moriggan podeszła do blondyna z którym siedziała.
- To na pewno chochliki – powiedziała normalnie, wcale się z tym nie kryjąc. Potem poprawiła torbę na ramieniu i spojrzała na mężczyznę się uśmiechając. - Miło się rozmawiało, ale idę. Nikt po mnie nie przyjedzie, a do Castelarr długa droga.

<Christopher?>

piątek, 1 listopada 2019

Od Richarda cd. historii Franceski

Ruszył w kierunku Duncana krokiem powłóczystym, niedbale rozkołysanym, opieszałym ze znużenia. Ramiona miał rozluźnione, głowę uniesioną, lekko przechyloną. Spróbował wsunąć dłonie do kieszeni, westchnął ciężko, gdy kamienie na jego palcach okazały się zbyt okazałe, by zmieścić się do ich wnętrza. Wystawały, migocząc srebrem i złotem w żółtym świetle żyrandoli.
Hedone szła z nim ramię w ramię, stąpała lekko, dotrzymując mu kroku. Richard w trakcie spaceru po korytarzu nie spojrzał w jej stronę ani razu. Wystarczało, że słyszał ciche stuknięcia jej obcasów u swego boku. Podobał mu się ten dźwięk, złapał się na tym, że śledzi go zbyt uważnie. Wydawał się tak usypiająco miarowy, sennie jednostajny, zaskakująco przyjemny, nieoczekiwanie miły. Richard stłumił kolejne ziewnięcie.
Duncan spostrzegł ich obecność, przeciągnął po nich szybkim spojrzeniem, ale nie przerwał opowieści, którą zabawiał dwoje oczarowanych nim dziewcząt. Przeciwnie, Richard odniósł wrażenie, że Duncan wczuł się w nią jeszcze bardziej, gdyż po chwili salwa spazmatycznego, dziewczęcego śmiechu eksplodowała przy końcu korytarza, na jakiś czas tłumiąc dźwięk kroków Hedone.