niedziela, 19 listopada 2017

Od Satoshiego cd. historii Laury - KATASTROFA

Momentami miałem nieodparte wrażenie, że los lubi mi robić na złość. Przecież jeszcze chwilę temu sam mówiłem o tym, jak będzie sprzyjał Laurze. A on chwilę potem przypomniał sobie chyba, że dawno nie robił mi psikusów i postanowił... demolować miasto? Któż go wie, co mu siedzi w głowie. Może jest kobietą? Kapryśną i żądającą domyślenia się, o co jej chodzi i zagniewaną, gdy brak ci pomysłów w tym temacie? Śmiałbym się, gdyby faktycznie w wolnym czasie wymyślała sobie argumenty do kłótni i temu podobne, co by urozmaicić żywot6 sobie i innym.
Kiedy ziemia tuż obok mnie i Laury rozstąpiła się byłem zaskoczony i to bardzo. A wierzcie mi, trudno jest mnie zdziwić, wiele już w życiu widziałem. Ledwo powstrzymałem cichy krzyk, który chciał się wyrwać z mojego gardła. Dałem się pociągnąć Laurze, która błyskawicznie się opanowała i pociągnęła mnie za sobą. Nie umknęło mojej uwadze, że miała doświadczenie skoro potrafiła w takiej sytuacji nie dać ponieść się nerwom i strachowi. Mało kto potrafił w tak opanowany sposób rzucić się do ucieczki i nie panikować jednocześnie. W ułamku sekundy dokonywała decyzji, wybierała drogi, które mogły pozwolić nam uciec od niebezpieczeństwa. I przy okazji co raz sprawdzała, czy na pewno nie zostawiła mnie za daleko w tyle. Zachowywała się jakby pomoc ludziom miała we krwi. Nie zdziwię się, jeśli okaże się, że jest w jakiś sposób powiązana z policją czy innymi służbami bezpieczeństwa.
Posłusznie biegłem za nią i bez problemu pokonywałem stojące nam na drodze przeszkody. Omal nie upuściłem dokumentów, a te i tak wystarczająco mocno już ściskałem w dłoni. Chciałem je schować do kieszeni płaszcza, jednak zewnętrzne kieszenie były nieduże i nie miały zapięć, a do wewnętrznych nie miałem okazji sięgnąć będąc w biegu. Teraz jeszcze bardziej niż zwykle zacząłem się obawiać, że zgubię je bądź przez przypadek zniszczę. W takim chaosie było to bardziej niż możliwe, a ja po takich przeżyciach nie pisałem się na kolejne kłopoty.
Mój moment zaskoczenia przeminął równie szybko jak się pojawił, wytężyłem swoje zmysły do granic możliwości. Kusiło mnie, żeby zmienić się w lisa i w tej formie szybciej się stąd ewakuować, jednak w okolicy było zbyt wielu ludzi. Na ten moment zaufałem reakcjom Laury, jednak zdecydowałem się pozostać czujnym, gdyby jej przewidywanie okazało się być błędne. Zbyt rzadko polegałem na obcych mi ludziach, nie wiedziałem jak często potrafią się mylić, więc wolałem nie ryzykować. Mogli mieć szczęście, ale z szalejącym światem nie da się wygrać opierając się tylko na farcie, który zawsze jest tylko tymczasowy. 
Dlatego też nie zdziwiłem się, gdy dziewczyna w pewnej chwili zaczęła okazywać oznaki paniki. Jednocześnie nie zdziwiłem się, wyrwa, która nagle pojawiła się pod jej nogami wystraszyć mogła nawet najodważniejszych śmiałków. W obliczu śmierci każdy się boi, nawet jeśli będzie się temu zaprzeczać, taka jest prawda. Czarnowłosa była kolejnym przypadkiem potwierdzenia tych słów. I jakby nie patrzeć ona potrafiła częściowo okiełznać ten lęk, co dotychczas robiła.
Korzystając z chwili przerwy w biegu prędko wepchnąłem dokumenty i ich kopie do wewnętrznej kieszeni płaszcza i zapiąłem ją dokładnie. W międzyczasie mój wzrok skierował się na poszarzałe niebo, obecne na nim ciężkie chmury zwiastowały tylko niechybnie zbliżający się deszcz. Co się działo? Takie zjawiska nie mogły być przypadkiem, nie zdziwiłbym się, gdyby któreś z bóstw fundowało nam jakąś karę.
Wziąłem głęboki wdech próbując się wyciszyć i zebrać myśli.
- Chodź - powiedziałem do Laury i biegiem ruszyłem na wschód, gdzie, jeśli dobrze pamiętałem, znajdował się las, który doskonale już znałem. Nie wiem czemu, ale instynkt kazał mi ukryć się właśnie tam.
Co raz zerkałem za siebie, dziewczyna pobiegła za mną i dotrzymywała mi kroku, choć miałem wrażenie, że jej uwaga jest częściowo rozproszona. Rozglądała się na wszystkie strony, jakby szukając kolejnego nadciągającego zagrożenia, by być gotową na jego przybycie, a jednocześnie jakby oglądając rozpadający się świat. Ja skupiłem się na drodze przed sobą, teraz to ja przejąłem dowodzenie i wolałem wziąć się za to najlepiej jak potrafiłem. Na wszelki wypadek pod nosem dyktowałem sam sobie, w którym kierunku powinniśmy teraz skręcić, żeby mieć pewność, że dobrze nas kieruję. Lewo, prawo, prawo, prosto, lewo i tak w kółko, nie przerywałem przy tym oglądać się za siebie. 
- Tss... - stęknąłem hamując nagle, kiedy wyskoczyłem zza kolejnego zakrętu i niemal wpadłem do głębokiej wyrwy, która przecinała ulicę całkowicie blokując przejście. Cofnąłem się o kilka kroków.
Las był tak blisko, już teraz go widziałem częściowo zasłoniętego przez ruiny budynku, jednak nie mieliśmy jak się do niego dostać. Jeśli dobrze zauważyłem równoległe ulice również były teraz nie do przejścia. Laura zatrzymała się kilka kroków za mną i również spojrzała na drogę przed nami.
- Najbezpieczniej będzie ukryć się wśród zawalonych już budynków - stwierdziłem szybko, a dziewczyna przytaknęła mi bez wahania. 
W tym samym momencie ziemia zatrzęsła się ponownie, a między mną a Laurą o asfalt uderzyła lampa uliczna, która wskutek otaczających ją pęknięć i wstrząsów straciła oparcie. Oboje z czarnowłosą odskoczyliśmy do tyłu powiększając dystans między nami, co jak po chwili się spostrzegłem, było dobrym ruchem dla nas obojga. Westchnąłem cicho, kiedy kolejna wyrwa pojawiła się tuż przed mną, a słup, który jeszcze chwilę w jej miejscu leżał zniknął w jej ciemnych odmętach, wśród których słyszałem szum wody, zapewne wylewającej się z kanałów.
- Urocza sytuacja... - Założyłem ręce na piersi i uważnie spojrzałem najpierw na jedną dziurę potem na drugą. Obie ciągnęły się od budynków po jednej stronie ulicy do tych po drugiej i znikały pod nimi. - Naprawdę mi miło...
Wyrwa za mną była zbyt wielka, ale ta, która rozdzielała mnie i Laurę była do przeskoczenia w lisiej formie. Musiałem tylko zdecydować, czy chcę obcej mi osobie pokazać moją prawdziwą formę. Pewno by mnie nie obdarła ze skóry i zawiesiła nad kominkiem, jednak nie mogłem przewidzieć, czy nie opowie o mnie nieodpowiednim ludziom. W takim przypadku już wiszenie na ścianie było milsze. Niby przeskoczenie tej dziury w ludzkim ciele również mogło wchodzić w grę, ale wówczas musiałbym liczyć na szczęście i to, że dosięgnę chociaż krawędzi, by móc jej się złapać i wciągnąć na górę. A nie chciałem ryzykować tego własnym życiem... Szkoda, że nie potrafiłem się jeszcze teleportować, oh, jakże by się to przydało.
- Ukryj się gdzieś, ja sobie poradzę! - krzyknąłem do mojej towarzyszki prosząc w myślach, by przystała na ten plan.

<Laura?>

Od Andrea cd. historii Margareth

Kiedy zamknął Margareth w swoich ramionach, ciepło jej ciała zdawało się przenikać przez ubrania i trafiać wprost do jego nerwów i kości. Zastygnął w bezruchu na dłuższy moment. Dopiero kiedy dziewczyna spróbowała nieco odepchnąć go od siebie, został jakby wyrwany z letargu. Nacisnął łokciem klamkę i butem popchnął dębowe drzwi, otwierając je na oścież. Przez jakiś czas wodził ręką po ścianie, usiłując oświecić światło, a kiedy wreszcie udało mu się trafić na włącznik, bez zawahania kolejny raz wziął Margareth na ręce i zaniósł na łóżko, oszczędzając im obojgu czasu oraz fatygi. Podobnie jak za pierwszym razem nie usłyszał z jej ust protestu, a gdyby nawet taki nastąpił, raczej nie kwapiłby się, aby go uwzględnić. Prostując się, zaczerpnął głęboki oddech i objął spojrzeniem przytulne pomieszczenie o typowo kobiecym wystroju, choć na tyle gustownym i wyważonym, by nie razić pod tym kątem i mieścić się w wąskich granicach dobrego smaku. Usiadł na krawędzi łóżka czując, że lekką ręką gotowy byłby sprzedać własną duszę za możliwość zaśnięcia na nim. Pościel nęciła nieopisanym zapachem, dokładnie tak jakby zamknięto w niej tysiąc najpiękniejszych kwiatów o najsłodszej woni.
- Mógłbym coś jeszcze dla ciebie zrobić, moja pani? Słowo daję, zgodzę się nawet zaśpiewać ci do snu, jeśli z ręką na sercu obiecasz mi, że pójdziesz teraz spać i do rana nie opuścisz łóżka na krok. - cień troski pobrzmiewającej w jego głosie zaskoczył go samego. Margo musiała odnieść podobne wrażenie, gdyż po chwili przeniosła swoje wielkie oczy na siwowłosego, a raczej na punkt zawieszony w powietrzu obok niego. Gdy siedziała tak sztywno oparta o pokaźnej wielkości poduszkę z frędzlami, wydawała się jeszcze drobniejsza niż w rzeczywistości.
- Możesz podać mi piżamę. - odparła głosem wypranym z emocji, wskazując na podłużną komodę mieszczącą się w rogu pokoju. Po twarzy pana Cavalcanti przemknął zdumiony uśmiech. Szczerze powątpiewał do tej pory, aby słuchała co do niej mówił, nie spodziewał się toteż otrzymania równie jasnej, stanowczej i sensownej odpowiedzi. Skłonił się ruchem płynnym niczym w tańcu.
- Jak sobie życzysz.
Dostojnym krokiem podążył w stronę elementu wyposażenia wnętrza, przysłuchując się, jak deski poskrzypują lekką pod ciężarem jego ciała. Kiedy schylił się i otworzył drzwiczki, oczom ukazały mu się nienagannie poskładane ubrania noce, uporządkowane według reguły znanej bliżej zapewne jedynie ich właścicielce. Nie tracąc czasu, sięgnął po pierwszy element garderoby z wierzchu, który okazał się bordową atłasową koszulą nocną przybraną kwiatami. Polecenie nie było sprecyzowane co do fasonu i koloru, toteż zaraz potem wręczył ją Margo, nie odmawiając sobie ponownego zajęcia miejsca na jej łóżku, które coraz wyraźniej i natrętniej zdawało się prosić, aby niezwłocznie się na nim położył.
Zastanawiał się, co zdołało go tak bardzo utemperować. W którym momencie dokładnie nagle zrobił się taki dobroduszny i kiedy poczuł, że po raz pierwszy dobrowolnie mógłby zatroszczyć się o kogoś więcej niż siebie. Zaczynał również powoli zdawać sobie sprawę, że nie przeszkadzałoby mu, gdyby każdego dnia miał wnosić ją po schodach, kłaść na łóżku i mówić dobranoc.
- Doprawdy, od dawna zdumiewa mnie, że nosisz w sobie pokłady mistycznej potęgi, o której ludzki umysł może mieć zaledwie wątłe mniemanie, podczas gdy budowa twojego ciała wydaje się tak delikatna i krucha, by niemal zdawać posypać się na drobne kawałki przy pierwszym nierozważnym dotknięciu.
Kiedy spojrzał w jej oczy, jedno pragnienie przyćmiło nagle cały ogrom wszechświata, pozostawiając jedynie Margareth i nic poza nią, jedynie pustkę wypełnioną blaskiem księżyca. Pochylił się w jej stronę, sam jakby pozostając nieświadomym własnych ruchów i dążeń. Nie potrafiły powiedzieć, kiedy wierzchnią stroną palców zaczął gładzić jej aksamitnie gładki policzek, ani kiedy uniósł jej podbródek do góry. Po raz pierwszy skupił całą swoją uwagę na przypatrywanie się regularności jej rysów twarzy, jakby wszystko co wykraczało poza ten wąski obszar było mierne i bezwartościowe. Jego usta miękko musnęły jej, a kiedy złączyły się ponownie, przeistoczyły się w pocałunek wypełniony prawdziwą pasją i namiętnością, której ogień zdawał się palić od środka na proch. Każdy jego ruch był wyważony i niespieszny, w pewnych momentach być może nawet zbyt przeciągnięty w swoim upojeniu. Ostrożnie odsuwając się od dziewczyny czuł, że on też przekroczył pewną granicę i również będzie musiał liczyć się z konsekwencjami swojego czynu. Mimo to nie wyglądał na zdruzgotanego tym niezaprzeczalnym przejawem własnej hipokryzji. Oczekując następstwa tego karygodnego naruszenia przestrzeni osobistej Margareth, wygiął usta w nieodłącznym półuśmiechu zdolnym sprawić, że miękły kolana.

<Pani mego serca? A więc sama widzisz, szkoda by było nie wykorzystać takiej atmosfery na pocałunek ;3>

Od Margareth - łapanka

Zaklęłam szpetnie i schowałam się za załomem ściany, starając się wyciszyć oddech. Natrafiłam na kolejny w dzisiejszym dniu patrol wojska, już od jakiegoś czasu całkowicie niepotrzebnie węszyli w tej okolicy, ale dziś wyroiło się ich jak jakiegoś robactwa. Słyszałam plotki, że rząd nagle zainteresował się nadnaturalnymi, tak nas właśnie nazywają, jednak kompletnie nie spodziewałam się, że przyjdzie mi się kryć i chować jak jakiś parszywy szczur po kanałach. Nikogo nie okradłam, pobiłam, a tym bardziej nikogo nie zabiłam, a sprawa złapania takich jak ja, okazała się priorytetowa, zupełnie jakby każdy z nas był seryjnym mordercą czy innym kryminalistą. Nie ma się w sumie czemu dziwić. W końcu każda władza z chęcią położy swe brudne łapska na magicznych, by móc poprzez nich kontrolować rzeczywistość, a już, zwłaszcza jeśli dzięki temu może, bez żadnego, nawet najmniejszego wysiłku zyskać co tylko zapragnie. Tak to właśnie jest z ludźmi, egoistyczne bestie, które za nic mają wszystko dookoła, chcące zagarnąć dla siebie jak najwięcej. A to nas nazywają potworami, to niby my jesteśmy ci niebezpieczni. Prychnęłam w duchu.

Musiałam się szybko i bezszelestnie się wycofać, było bardziej niż pewne, że dość szybko mnie namierzą. W końcu nowoczesna technologia rozwinęła się na tyle, że bez problemu wykrywają nas w ciągu zaledwie kilku chwil. Zazwyczaj nawet nie ma czasu, by zastanowić nad ucieczką. Ja jakimś cudem jak na razie pozostałam niewykryta i dostałam szansę. Zamknęłam oczy, by policzyć do dziesięciu, żeby uspokoić drżące ciało, po czym zmotywowana oderwałam się od ściany i ruszyłam w stronę, z której przyszłam. Nie biegłam ani nie rozglądałam się, nie wykonywałam gwałtownych ruchów. Nie chciałam wzbudzać niczyich podejrzeń, zupełnie jakbym była zwykłym, przypadkowym przechodniem, nieświadomym niczego niezwykłego, co go otacza. Mimo to dyskretnie obserwowałam otoczenie, nigdy nie wiadomo czy nie zastawili pułapki, w którą się całkowicie bezmyślnie i na własne życzenie wpakuję. Droga wydawała się być czysta, mijałam ludzi na chodniku, którzy zachowywali się zupełnie normalnie. Aż za normalnie. Mimo to miałam nieodparte wrażenie, że każdy z nich świdruje mnie swoim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć „patrzcie to ona, dziwoląg, to jej szukacie”. Nic jednak takiego nie miało miejsca, była to tylko i wyłącznie moja rozbuchana wyobraźnia, która najwidoczniej obrała sobie za cel, doprowadzenie mnie do stanu zawałowego.
Doszłam do skrzyżowania, gdy nagle nadjechały tak zwane borsuki wojskowe i zatrzymały się na środku skrzyżowania, zatrzymując ruch. Z każdego pojazdu wyszedł jeden żołnierz z jakimś dziwnym urządzeniem w ręce, przypominającym telefon. Rozeszli się po ulicach i w sumie to tyle. Nic więcej się nie działo. Cały czas patrzyłam na wojskowego, który szedł drogą w moją stronę. Nagle jego urządzenie zaczęło pikać, a z każdym następnym krokiem przybliżającym go do mnie częstotliwość dźwięku była coraz wyższa. Nie miałam już wątpliwości, że to właśnie jest aparatura do lokalizowania nadnaturalnych. Bez wahania rzuciłam się do ucieczki, co było kompletnie nierozsądne z mojej strony. Wystawiłam się i żołnierze nie mieli absolutnie żadnego problemu, kogo powinni złapać.
Zaczęłam biec, sukienka, jak i baleriny wcale mi tego nie ułatwiały, chciałam je zdjąć, jednak bałam się, że z moim szczęściem stanę stopą akurat w miejscu, gdzie będzie jakieś szkło, a wtedy moja szansa ucieczki gwałtownie zmaleje do zera. Zamiast tego chwyciłam w dłonie skraj sukienki z dwóch stron i podciągnęłam do góry, by ułatwić sobie przemieszczanie. Obejrzałam się, za mną biegło dwóch żołnierzy. Najwidoczniej stwierdzili, że tyle wystarczy do dorwania i obezwładnienia takiego dziewczęcia, jakim jestem. Zapomnieli chyba, że w sytuacjach zagrożenia zaczyna działać adrenalina, która wzmacnia wydajność organizmu. W normalnych warunkach z pewnością już dawno dostałabym zadyszki i musiałabym się zatrzymać, by zaczerpnąć powietrza, jednak hormon w moim ciele działał bez zarzutu, dzięki czemu mogłam pozwolić sobie na dalszy bieg.
Gwałtownie skręciłam i wparowałam przez automatyczne drzwi do sklepu samoobsługowego, market był ogromny, z pewnością było w nim wszystko, liczyłam na to, że może jakimś cudem uda mi się ich tu zgubić między półkami. Początkowo dwóch żołnierzy biegło zaraz za mną, zrzucałam im pod nogi wszystko to, co wpadło mi w ręce. Zgarniałam z regałów produkty spożywcze, leciała kasza, jakieś mineralki i puszki, a gdy wbiegałam w kolejne działy to sprzęt AGD, jakieś talerze, a nawet poduszki. Przewracałam mniejsze stojaki z okularami słonecznymi czy płytami i popychałam stojące na mojej drodze wózki sklepowe, byleby chociaż na chwilę ich zatrzymać i dać sobie tych kilka, lub przy dobrym układzie, kilkanaście cennych sekund na ucieczkę. Zdawałam sobie sprawę, że wywołanie przeze mnie chaosu i zamętu nie odbije się bez echa. Zresztą kamery i tak zarejestrowały dokładnie całe zajście, obsługa, jak i wojsko bez problemu będą więc mogli sprawdzić sprawcę całego zamieszania, a później to już będzie prosto, zupełnie jak po nitce do kłębka. Mając mój wizerunek, nie będę mogła wyściubić nosa spoza domu bez obawy, że zaraz ktoś mnie nie złapie. O ile życzliwi sąsiedzi, będą tacy mili, by nie donieść na mnie przy pierwszej lepszej okazji, takich z pewnością nie brakuje. Wielu ludzi zdradza przecież położenie magicznych istot, najczęściej wcale nie robią tego ze strachu. Robią to w nadziei, że uda im się na tym zarobić tych marnych parę groszy. A najgorsze jest to, że nawet przyjaciele posuwają się do tak obrzydliwej rzeczy, jaką jest szpiclowanie, taka zdrada boli najbardziej. Czy nasze życia faktycznie są aż tak niewiele warte, by sprzedawać je, jak jakąś jałówkę na targu? Brakuje jeszcze tego, by faktycznie targowali się co do ceny. Doniosę na wilkołaka, ale w zamian chcę tyle a tyle. Ewentualnie mogę jeszcze zdradzić, gdzie ukrywa się wiedźma, lecz cena za czarownicę jest już dwukrotnie wyższa. Rozumiesz, zaklęcia i te sprawy. Jednak gdy się zdecydujesz w tym momencie, dorzucę jeszcze w pakiecie kociołek oraz latającą miotłę. W końcu co to za czarownica bez latającej miotły. Totalna paranoja to by była, zupełnie jak w jakimś tandetnym TV-markecie, gdzie chcą ci wcisnąć, ile się tylko da tego całego chłamu, który i tak się nigdy nie przyda. Ale my nie jesteśmy przedmiotami, by móc nas tak po prostu upchnąć, my też mamy uczucia.
Widząc, że zgubiłam pościg, ruszyłam w kierunku tylnego wyjścia, było oczywiste, że przy głównym czeka już na mnie moc atrakcji razem ze smyczą oraz kaftanem bezpieczeństwa. Wślizgnęłam się za pracownikiem do zamkniętego dla kupujących magazynu i lawirując między nierozpakowanym towarem, odszukałam drzwi wyjściowe. Chwyciłam po drodze wdzianko pracownika, taki niby fartuszek i przewiązałam go sobie w pasie. Zgarnęłam jeszcze worek ze śmieciami i pod pretekstem wyrzucenia go podeszłam do drzwi. Rozejrzałam się jeszcze raz uważnie po magazynie, po czym nacisnęłam delikatnie klamkę, trzymając kciuki, by dało się je otworzyć. Gdy mechanizm zadziałał, odetchnęłam z niemałą ulgą. Lekko odchyliłam drzwi do środka i niby spokojnym krokiem wyszłam. Pierwsze co zrobiłam, to obejrzałam się we wszystkie strony, ku mojemu nieopisanemu szczęściu, byłam sama. Nie zastanawiając się dłużej, zostawiłam na ziemi trzymany przeze mnie worek oraz uniform pracownika i ruszyłam dość wąską uliczką. Zapadał wieczór, poniekąd ułatwiało to mi ukrycie się, jednak działało to także w drugą stronę, było mniejsze prawdopodobieństwo, że zauważę pościg. Jednak nic takiego nie miało miejsca, krążyłam jeszcze trochę korytarzem alei, by nie wracać bezpośrednio do domu. Kluczyłam i szłam jak najbardziej okrężną drogą, chciałam mieć pewność, że na dobre zgubiłam ścigających mnie żołnierzy. W końcu, gdy byłam niemal pewna, że nikt mnie nie śledzi, z widoczną ulgą ruszyłam w kierunku swoich czterech kątów.

Od Andrea cd. historii Draconii

Szelest liści na drzewach ustał wraz z ostatnim powiewem wiatru. Ptactwo niespodziewanie odleciało spłoszone, pozostawiając jezioro i drzewa pogrążone w martwej ciszy. Tafla wody wygładziła się, przypominając lustro odbijające szarość spiętrzonych chmur zasnuwających niebo. Pies zielonookiej podniósł uszy i rozumnym spojrzeniem począł przyglądać się okolicy. W parku, który jeszcze przed chwilą tętnił życiem, zapanowała cisza i bezruch, jakby przyroda zastygła w oczekiwaniu na coś, co dopiero miało nadejść.
- Często tu bywasz? - zagadnęła Draconia, pocierając ręce. Ochłodziło się na tyle, że nawet ona pomimo ciepłego odzienia powoli zaczynała trząść się z zimna. Zmętniałe niebo sprawiało wrażenie, że zaraz zapadnie zmrok, tymczasem nie było jeszcze południa.
- Okazyjnie - Andrea poruszył się niespokojnie. Odnosił wrażenie, że przypatruje mu się czyjeś zimne i nieustępliwe spojrzenie, które z pewnością nie życzy mu dobrze. Jakaś nowa nieznana groza zdawała się kryć głęboko pośród otaczających ich gęstwin.
- To tak jak ja - usłyszał jej wesołą odpowiedź, lecz nie zwrócił na dziewczynę znaczniejszej uwagi. Nieruchomy wzrok skierowany miał na wprost. Poczuł jak krew zastyga mu w żyłach, kiedy na skraju jego pola widzenia przemknęło coś cienistego i złowrogiego. Nie dostrzegł żadnego konkretnego kształtu, lecz mimo to miał już pewność, że coś musiało być na rzeczy.
- Wstawaj. - poderwał się z miejsca i bezceremonialnie pociągnął ją za przedramię. W jego głosie słychać było obcą nutę, jakby w ciągu zaledwie chwili stał się zupełnie obcą osobą, oschłą i bezlitosną, o spojrzeniu zaciętym i twardym jak kamień. - Wynosimy się stąd.
Na twarz Draconii wstąpiło zdumienie, lecz bez oporu dała się prowadzić tam, gdzie w pośpiechu ciągnął ją Andrea. Pies z uszami położonymi po sobie podążał tuż za nimi.
- Coś się stało? - zapytała w końcu, nieświadoma dość przejaskrawionych wniosków, przypuszczeń i scenariuszy, które jak sępy zaczęły krążyć wokół głowy pana Cavalcanti.
- Jeszcze nie. - mruknął, otaksowując w skupieniu przestrzeń przed nimi. - Ale zaraz może.
Na swojej drodze stopniowo spotykali coraz mniej przechodniów, aż w końcu zdawali się pozostawać jedynymi żywymi istotami w całym parku. Każdy ich krok był doskonale słyszalny przez szelest opadłych liści, którym zasłane były ścieżki.
Nagle przystanął w miejscu, po czym cofnął się o krok, wpadając prosto na Draconię, która z kolei wpadła na psa. Na drugim końcu alei dostrzegł coś nieokreślonego, co powłóczystym meandrem zdawało się zmierzać w ich kierunku. Postać okrywał atramentowoczarny płaszcz, zdający się ciągnąć za sobą czarne smugi. Przypominała swoim wyglądem cienistą zjawę bezszelestnie płynącą kilka centymetrów nad ziemią. W miarę jak zbliżała się do nich, Andrea utwierdzał się w przekonaniu nabranym jeszcze podczas rozmowy na ławce z Draconią - mieli do czynienia z wiedźmą. Nie było więc sensu uciekać, gdyż wiedział z autopsji, że starcie się z równie nieustępliwym i potężnym zjawiskiem było z góry przesądzone, bez względu na to, ile wysiłku by nie poświęcili, aby próbować mu zapobiec. Zasłonił zielonooką własnym ciałem, biorąc całą konfrontację na własne barki. Zastanawiał go cel tego wymyślnego najścia. Czyżby kolejny szlachetny nadnaturalny zdecydował się przypuścić na nim vendettę za stare przewiny jego słodkiej familii? Och, cóż za nowość.
Zjawisko popłynęło bliżej i zatrzymało się nieco na uboczu, skąd miało doskonały widok na całą trójkę. Andrea oglądał w życiu wiele wiedźm, z racji przynależenia do domostwa, którego członkowie z reguły trudnili się polowaniami na niezwykłe istoty, ale nigdy równie wstrętnej i odrażającej. Jej sylwetka była przysadzista i zgięta niemal wpół. Spod kaptura naciągniętego na twarz wystawał szpiczasty podbródek i orli nos, pokryte siecią głębokich bruzd. Usta i policzki były zapadnięte, oczy pozostawały szczelnie zakryte ciężkim materiałem.
- Witajcie, dobrzy ludzie, dzień dobry, witajcie... - głos przypominający rysowanie paznokciami po tablicy zdawał się niemal fizycznie ranić uszy. Kobieta postąpiła w stronę Draconii, z grymasem na ustach, który z zamierzenia zapewne miał być uśmiechem - Może cudne dziewczę życzyłoby sobie dostać wróżbę?
- Innym razem - Andrea wstąpił niemal siłą pomiędzy dziewczynę i wiedźmę. Głos miał chłodny jak ostrze. Wiedział doskonale, na czym polegały ów wróżby. - Spieszy nam się.
- Rycerz... - powietrze przeciął donośny skrzekliwy śmiech. Liście na drzewach zaszeleściły pod nagłym podmuchem wiatru. - Czy aby na pewno żal wam czasu na choćby jedną przepowiednię? A może podarki są wam milsze? - niespodziewanie zwinnym ruchem wyciągnęła pod fałdy płaszcza złoty pierścień z krwistoczerwonym kamieniem, lśniącym tak intensywnie, że nawet śmiertelne oczy dostrzegały w nim magię. Skierowała szponiastą rękę z błyskotką w stronę Draconii, tuż nad ramieniem pana Cavalcanti.

<Draco? Pora na przygodę! XD>

sobota, 18 listopada 2017

Od Dante cd. historii Ashton'a - KATASTROFA

Ziemia drżała pod nogami, a zwierzęta rozbiegały się w różne strony. Zagwizdałem, a po chwili przez okno z piskiem i przerażonymi oczami wyskoczył mój pies. Złapałem go i przytuliłem. Ashton stanął koło mnie i chwycił w pasie tym samym obejmując mnie.
- Lepiej stąd uciekajmy - spojrzałem się na niego, patrzył w górę więc zrobiłem to samo. Na dachu budynku stała mantikora, stworzenie znane z mitów i filmów czy też gier fantasy stało teraz patrząc się centralnie na nas. Wcisnąłem mu swojego psa na ręce i chwyciłem go w pasie po czym rozłożyłem skrzydła i machnąłem nimi z całej siły chcąc oderwać się od ziemi. W jednej chwili znaleźliśmy się w powietrzu skąd widać było większą część miasta. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić trzęsienie ziemi które podzieliło miasto na części. Głębokie i szerokie pęknięcia nie pozwalały na dostanie się na drugą stronę, jedynie w niektórych miejscach było to możliwe jednak byłoby to chyba zbyt ryzykowne. Wzrokiem szukałem bezpiecznego miejsca w którym mógłbym wylądować, wiele budynków ulegało jednak cały czas zniszczeniu i zapadały się lub pękały. Wreszcie jednak wypatrzyłem niski budynek który już raczej bardziej się nie zapadnie. Machnąłem skrzydłami ruszając w jego kierunku i dosłownie w tym samym momencie rozległ się ryk i trzepot silnych skrzydeł.
- Leć szybciej! - wrzasnął Ash oglądając się za siebie. Domyśliłem się o co chodzi i byłem przerażony. Wiedziałem, że nie dam rady lecieć szybciej. Byłem ranny, oprócz tego trzymałem chłopaka i jeszcze psa. Przed oczami miałem już obraz mitycznego stworzenia które rozszarpuje nas na strzępy. Mimo wszystko postarałem się przyśpieszyć jednak trzepot skrzydeł za nami nasilał się. Chłopak wyciągnął za siebie jedną ręką i spróbował zaatakować mantikorę swoim płomieniem jednak nic z tego. Spuścił głowę i chwycił mocniej Twix'a. Rozejrzałem się szukając miejsca które ułatwi mi ucieczkę i znalazłem je. Objąłem mocniej chłopaka i zanurkowałem składając skrzydła. Czułem jak ciało Ashton'a drży jednak nie zamierzałem zmieniać mojego planu. Wziąłem głęboki oddech i na chwilę spojrzałem za siebie. Tak jak sądziłem stworzenie zanurkowało za nami. Kąciki moich ust uniosły się i w tej samej chwili w pełni rozłożyłem skrzydła i skierowałem się między budynki. Parę razy machnąłem skrzydłami rozpędzając się po czym owinąłem je wokół siebie i mojego partnera i wleciałem przez okno rozbijając je. Uderzyłem o podłogę  przejechałem na plecach aż pod samą ścianę. Czułem, że będę mieć zdartą skórę jednak teraz ważne było bezpieczeństwo niebieskowłosego chłopaka. Rozłożyłem skrzydła i spojrzałem na Ash'a i Twix'a. Na szczęście było wszystko z nimi w porządku.
- Jeśli wszystko dobrze pójdzie zostaniemy tutaj do rana - uśmiechnąłem się do Ashton'a, który patrzył mi zdziwiony w oczy.

<Ashton?>

piątek, 17 listopada 2017

Od Nathaniela

Snułem się ulicami niczym duch, milczący i martwy. Można umrzeć będąc już martwym w środku? Czułem się fatalnie, nęciło mnie aby spróbować tego, od czego zawsze stroniłem. Nie chciałem być jednym z tych beznamiętnych krwiopijców, jednak coś mnie kusiło aby spróbować. Szukałem potencjalnej ofiary, niestety o tej porze niewiele osób w ogóle gdzieś jeszcze było na zewnątrz. Dałem się ponieść instynktowi, który nieomylnie zaprowadził mnie do jakiegoś chłopaka. Siedział spokojnie na przystanku autobusowym czekając na ostatni transport. W ułamku sekundy znalazłem się obok niego, chwilę później posunął się martwy na ziemię. Nie obchodził mnie fakt, że jak ktoś go znajdzie to zaczną polować na wampiry, nie było to dla mnie bardzo istotne. Na głowie pojawiły mi się uszy a za mną majtał biały puszysty ogon. Oddałem się drapieżnej naturze, straciłem kontakt że świadomością i racjonalnym myśleniem. Obudziłem się w jakimś domu, z pewnością nie moim. Nic nie pamiętałem z poprzedniej nocy. Do pomieszczenia weszła jakaś osoba, wszystko widziałem jak przez mgłę, podniosłem sie do pozycji siedzącej i poczułem niewyobrażalny ból w okolicach żeber. Opadłem na łóżko z jękiem. Huczało mi w głowie, osoba która weszła do pokoju położyła coś na stoliku obok łóżka. Wyjęczałem coś co miało znaczyć "gdzie jestem" jednak nie dostałem klarowne odpowiedzi, jedynie westchnienie. Uspokoiłem oddech a ból powoli odchodził, ciągle miałem zamknięte oczy, nie wiedziałem czy właśnie śnie czy to rzeczywiście się dzieje.
- Weź tabletki, poczujesz się lepiej. - usłyszałem spokojny głos.
Wykonałem polecenie jakoś bez większego namysłu z nadal zamkniętymi oczyma połknąłem dwie kapsułki bez popijania wodą. Usłyszałem lekki śmiech ze strony istoty.
- Nie martw się to tabletki na ból, o dziwo nie pytałeś.
Mimo, że osoba do mnie mówiła moje zmysły były tak osłabione, że nie byłem w stanie określić jakiej płci jest istota.
- Co się stało? - wymamrotałem.
- Odpocznij. Później porozmawiamy.
- Gdzie jestem?
Nie dawałem za wygraną, chciałem wiedzieć chociaż gdzie się znajduje.
- Śpij. - odparła istota i wyszła z pomieszczenia.
Zaczął ogarniać mnie wszechobecny spokój i cisza, odpływałem powoli w objęcia morfeusza.
Obudziłem się, rozejrzałem się po pomieszczeniu i stwierdziłem, że nie jestem u siebie. Zerwalem się z łóżka i od razu tego pożałowałem, ból w okolicach żeber dawał mi się we znaki. Usiadłem z powrotem na łóżku, zmysły powróciły i normalnie funkcjonowały, bo może poza jednym - pamięć. Nie pamiętam co działo się w nocy ale pamiętałem rozmowę z istotą. Przejrzałem się pokojowi, duże łóżko, na którym aktualnie siedziałem, obok znajdowała się szafka nocna, na niej szklanka wody i zegarek, dalej ciemnobrązowe meble - szafa, komoda i tego samego koloru drzwi. Ponowiłem próbę wstania, udało się ale nadal trochę bolało. Podszedłem do drzwi i uchyliłem je, o dziwo było cicho. Co troszkę mnie przerażało. Udałem się powoli w stronę schodów.

Ktośkolwiek?
Wybacz, że tak późno dodałam ;c

Od Jodie cd. historii Astrid

Biegłam przed siebie, za mną walały się budynki, a pnącza próbowały mnie złapać. Jestem pewna, że gdyby nie gruzy spadające wręcz z nieba, samochody i inni ludzie, mogli by cała uwagę skupić na mnie i by mnie złapały. A tak udało mi się uciec. Płuca powoli mi wysiadały, ale zdążyłam dobiec do miejsca, które nie było już atakowane przez te dziwne rośliny. Teraz tylko mogłam obserwować jak tamta dzielnica się burzyła marząc o dotarciu do domu. Odwróciłam się i zaczęłam iść przed siebie, ale czując zmęczenie musiałam przystanąć. Oparłam się o ścianę jakiegoś sklepu i odczekałam chwilę, aż serce przestanie mi łomotać, a ja będę zdolna do normalnego oddychania. Kiedy to się już stało, wyprostowałam się i obejrzałam miasto. Zero ludzi, każdy uciekł. Zostałam tu tylko ja i dwie osoby siedzące na masce samochodu. One także wyglądały, jakby przebiegły maraton, na który się nie przygotowały. Ruszyłam przed siebie mając nadzieję, że szybko rozpoznam ulicę i wybiorę dobrą drogę.
Po jakichś dziesięciu minutach stwierdziłam, że kompletnie się zgubiłem. Nie miałam pojęcia gdzie byłam, a ludzi wywiało. Nagle poczułem mocne uderzenie w tył pleców. Poleciałam kawałek do przodu wyginając się nienaturalnie. Zetknęłam się z twardym podłożem, na którym musiałam chwilę poleżeć, ponieważ plecy nie pozwalały mi wstać. Czułam, jakby płonęły. Podniosłam głowę i zobaczyłam zamaskowaną postać mężczyzny, który trzymał w dłoni metalową pałkę. Stał w delikatnym rozkroku i mierzył mnie ostrym wzrokiem. Udało mi się pozbierać i wstać, ale wtedy automatycznie zostałam zaatakowana. Zdążyłam skrzyżować ręce i uchronić głowę przed uderzeniem. Zamiast tego znowu zostałam odrzucona do tyłu. Wylądowałam na chodniku. Szybko wstałam i zaczęłam się cofać od nieznanego napastnika. Ten szybkim krokiem szedł w moją stronę gotowy w każdej chwili zaatakować. Kiedy był blisko, ja znajdowałam się na linii między chodnikiem, a ciemną uliczką. Nim uderzył ponownie skrzyżowałam ręce. Mocno zacisnęłam oczy i... nic nie poczułam. Powoli podniosłam powieki, aby zauważyć magnetyczną barierę przede mną, która uniemożliwiła mu atak. Od moich dłoni wychodziły promienie, które ciągle zmieniały swój kształt, tak jak pioruny. Raz tam taki walnie, drugi będzie inny i w innym miejscu, a trzeciego nawet nie zauważysz. Spojrzałam na niego. Gdy ponownie machnął metalową pałką, zostałam odrzucona do tyłu razem z nim. Bariera wybuchła odrzucając nas obydwu i pozostawiając po sobie jedynie kurz. Leżałam na plecach blisko ściany. Podniosłam się na łokciach, nic nie widziałam, prócz dziury w ścianie... i chyba jedynego dla mnie wyjścia. Wróg był dla mnie w tym momencie niedostrzegalny, dlatego szybko prześlizgnęłam się przez nią. Weszłam tym sposobem do starej fabryki. Przylgnęłam do ściany przysuwając wpierw do otworu metalową skrzynie. Usłyszałam za ścianą kroki i walenie w kontenery. Wstrzymałam powietrze modląc się, aby nie przyszło mu do głowy burzenie tej ściany. Nie wiem na co go stać i nie chcę wiedzieć. Na szczęście kroki zaczęły się oddalać.

<Astrid? Wybacz, ze tyle czekałaś>
Szablon wykonała Sasame Ka z Panda Graphics