16.10.2018

Szybkie podsumowanko

W sumie, to w blogu postanowiło zostać 6 osób (+ 2 moje), 4 osoby odeszły, dołączyły 3 nowe, 3 powoli dokańczają formularze, a pozostała 3 jest niewiadoma.

Szczegóły:
1. Nowe postacie: Blanche, Anguis i Laviah.
2. Zostali: Lisa, Aramis, Andrea, Dante, Akio i Riven:
   2.1. Lisa zmieniła charakter;
   2.2. Andrea zmienił tożsamość i zdjęcie - Richard Riddle;
   2.3. Riven zmienił całą swą postać i teraz jest znany jako Amadeo Nicoletti;
3. Odeszli: Chlammy, Kija, Satoshi i Olivia.
4. Mishuri, William i Colin dokańczają swoje formularze;
5. Od Margareth, Sashy i Amadeusa nie ma odzewu, co stawia ich postacie pod znakiem zapytania. Czekam na ich wiadomość do końca tego tygodnia, inaczej zostaną usunięci z bloga.

6. Laviah jest winny pierwszego opowiadania.
7. Rozdanie punktów:
  • Akio - 43pkt + 54 + 91 = 188pkt
  • Amadeo - 130pkt
  • Amadeus - 73pkt ?
  • Anguis - 129pkt
  • Aramis - 519pkt 
  • Blanche - 66 + 125 + 69 + 94 = 354pkt
  • Colin - 4304pkt --
  • Dante - 1351pkt
  • Laviah - 0pkt
  • Lisa - 1383pkt + 120 + 62 + 73 = 1638pkt
  • Margareth - 2602pkt ?
  • Mishuri - 391pkt --
  • Richard - 3153pkt + 101 + 76 + 124 = 3454pkt
  • Sasha - 308pkt ?
  • William - 2603pkt --

15.10.2018

Od Richarda cd. historii Blanche

Zasłony powiewały lekko, miarowo głaszcząc lico posadzki. O krystalicznie czyste szyby siekł deszcz, ostry, dokuczliwy. Wiatr zrywał z drzew pożółkłe liście i raz za razem ciskał nimi o okna. Woda smętnie bębniła w parapety, a mdłe promienie słońca nieśmiało zaglądały do Wielkiej Sali. Popielatoszare niebo wyglądało tego dnia wyjątkowo nostalgicznie, w oddali piętrzyły się kłębiaste chmury, a tuż przy ziemi snuły się kosmyki mlecznobiałej mgły.
Szczęśliwi ci, którzy widząc opadające liście, myślą tylko o tym, że już niedługo nadejdą święta, pomyślał Richard i uniósł do ust kieliszek szampana. Liczył, że nie spotka tu nikogo, komu był winny przegrane w karty pieniądze. Ani żadnej starej, zapomnianej miłości. Spotkanie z dawnym przyjacielem też nie byłoby pożądane. I na pewno nie chciałby tu widzieć swojego ojca.
To był ciężki tydzień. Marzył o chwili oddechu, a przeżywał anomalia. Zamiast spokoju miał męczący chaos i tyle pracy, że sam już nie wiedział, w co wsadzić ręce. Gdyby wcześniej ktoś mu powiedział, że praca aktora będzie tyle od niego wymagać, nie był pewien, czy pisałby się na to wszystko z takim samym entuzjazmem. Oczekiwał laurów, owacji na stojąco i sceny usłanej różami uznania i miłości, a dostał śmieszną pensję i wiecznie zdarty głos. Na pewno żyłoby mu się lżej i dostatniej jako model lub reżyser.
Z zadumy wyrwały go pierwsze takty walca, szumnie granego przez przycupniętą w rogu sali orkiestrę. Uśmiechnął się połową ust i przenikając wzorkiem okolicę, poniósł się zza suto zastawionego stołu z właściwą dla siebie megalomanią. Przecież nie spędzi tego wieczora litując się nad swoją dolą. Nazywał się Riddle, pan i władca, nie było tu nikogo doskonalszego od niego. Nie miał tu przeciwników.
Zbliżył się do samotnie stojącej dziewczyny. Piła szampana, zwrócona do niego plecami. Widział jedynie jej starannie spięte z tyłu głowy włosy, czarne i lśniące jak czerwcowa noc. Zwiewna, odsłaniająca plecy sukienka z trenem, sięgała kolan, odsłaniając parę długich, zgrabnych nóg.
Dotknął jej prawego ramienia, lecz pojawił się z przy lewym boku, lekko i nagle. Czarnowłosa obróciła się. Dwa lazurowe oceany wejrzały prosto w jego oczy.
- Czy mogę prosić panienkę do tańca? - odezwał się jedwabistym głosem, a gdy tylko dziewczyna podała mu rękę, porwał ją na środek parkietu.
Już po pierwszej sekwencji kroków spostrzegł, że jego partnerka jest czymś roztargniona, a on sam jest ostatnią osobą, na którą zwraca uwagę. Gdy niemal nadepnęła mu na palce, napomniał ją z żartobliwym nadąsaniem.
- Proszę pana o wybaczenie. - Uśmiechnęła się przepraszająco, lecz w nader urzekający sposób. - Proszę mi powiedzieć, czy podobał się panu recital?
Richard obrócił dziewczynę i uśmiechnął się pod nosem.
- Och, był poruszający. Usłyszenie tylu zdolnych młodych osób było interesującym przeżyciem.
- Tak pan uważa?
- Bien sûr - odparł. - Choć mówię to z perspektywy laika. Nie jestem muzykiem, nie potrafię szczegółowo i profesjonalnie ocenić, czy wszystko zostało wygrane poprawnie, czysto i we właściwym czasie. Kiedyś co prawda ojciec kazał mi uczyć się gry na fortepianie, lecz nie miałem do tego pasji i opanowałem tylko podstawy podstaw. Do tej pory potrafię zagrać może cztery swoje ulubione utwory, a i to tylko dlatego, że nauczyłem się ich na pamięć. - Zaśmiał się. Na jego twarz na chwilę wpłynęło wspomnienie, a oczy zaświeciły się, jakby dawne lekcje gry na fortepianie były w istocie dość ważnym, lecz z jakichś powodów zapomnianym zdarzeniem.
Czarnowłosa spojrzała nań łagodnie, lecz kątem oka nadal obserwowała pozostałe osoby tańczące na pakiecie.
- Na pewno ma pan wiele innych talentów, na przykład doskonały z pana tancerz.
Richard uśmiechnął się psotnie i przechylił dziewczynę.
- Merci bien - wymruczał i postawił ją z naturalnym wdziękiem, a cekiny na jej sukience połyskiwały w rytm kroków, śląc białe refleksy. - Choć podobno śpiewanie wychodzi mi jeszcze lepiej.
Dwa miękkie kroki po kwardracie i gładka zmiana nogi.
- Śpiewa pan?
- Odświętnie, do tego głównie po francusku.
- Więc zapewne zna pan Notre Dame de Paris?
- Znam. - Koci uśmiech na jego twarzy nabrał zawadiackiego odcienia. - I uważam, że zagrana na skrzypcach z pewnością poruszałaby najczulsze struny ludzkiego serca. Musi pani kiedyś spróbować.
- Z pewnością. - Skinęła głową i dyskretnie obejrzała się za siebie. - Chciałabym usłyszeć coś podobnego. - Dodała bezbarwnie.
Richard chwycił czarnowłosą w pasie, uniósł i gładko zakręcił dookoła siebie. Tren i falbanki sukienki cicho zafurkotały.
Po skończonym tańcu dostojnie wysunął jedną nogę do tyłu, kłaniając się na odchodne. Czarnowłosa pochyliła się z wdziękiem baletnicy. Już miał odejść, gdy...
- O, tu jesteś, Blanche - pisnął czyjś oburzony sopran.
Jasnowłosa dziewczyna, w której poznał osobę akompaniującą wcześniej czarnowłosej, zbliżała się do nich gniewnie stukając obcasami.
- Cześć, Fryderyko. - Czarnowłosa nie wygląda na zachwyconą jej pojawieniem się. W jej głosie pobrzmiewała jakaś gorzka nuta.
Blondynka wyglądała, jakby miała ochotę wydrapać komuś oczy. Gdy stanęła przed Blanche, podparła się ręką pod bok i zmarszczyła nos niczym urażona hrabina. Wyglądało na to, że zaraz wyleje na nią całą swoją frustrację, z powodu tego, że został jej odebrany tytuł gwiazdy wieczoru.
- Nie wiem, do cholery, co ty sobie wyobrażasz, Blanche... Jak mogłaś tak bezczelnie i egoistycznie mnie potraktować! Gdybym wiedziała, jaka z ciebie zwykła...
- Och, spokojnie, mademoiselle. - Richard spojrzał na jasnowłosą z niejakim znużeniem, wręcz krytycznie. Wiedział, że to pierwotnie w intencji blondynki było zaćmienie swojej towarzyszki.
Fryderyka spojrzała na niego tak, jakby gniew zaślepił ja na tyle, że jego obecność uszła jej uwadze. Rozchyliła mocno podkreślone usta, a jej zmarszczone  brwi powrócił na swoje miejsce.
- A pan to kto? - Jej głos, mimo że ciągle wzburzony, o niebo różnił się od tego, którym jeszcze przed chwilą zwracała się do Blanche.
- Jestem Richard Riddle - obwieścił, przyglądając się jej od niechcenia, wręcz z góry. - Oczywiście nie wątpię, że ma nam pani do powiedzenia bardzo ważne i niecierpiące zwłoki farmazony, ale teraz niestety mam z madame Blanche pilną sprawę do załatwienia.
- Chwileczkę!
- À bientôt, belle. - Chwycił Blanche za rękę i pociągnął ją do drzwi.
Znaleźli się z powrotem w sali koncertowej, tym razem ciemnej, cichej i opustoszałej. Skrzypienie zawiasów i ich kroki poniosły się echem po surowych ścianach.
- Dziękuję za ratunek - oznajmiła Blanche, a dzięki doskonałemu nagłośnieniu w pomieszczeniu jej cichy głos nabrał mocy.
- Pas de problème. - Wytwornie machnął dłonią i ciekawie rozejrzał się po sali. - Lecz, niestety, moje przysługi zwykle nie są darmowe... - Wyszczerzył się figlarnie, a w fiołkowych oczach zaigrały ogniki.
Spojrzała nań z niepokojem.
- Zawsze chciałem zaśpiewać partię Febusa na scenie. - Wręczył jej znalezione na podłodze skrzypce, najpewniej pozostawione w poniewierce przez któregoś ze studentów, i położył na nich jej dłonie - Mam nadzieję, że spełnisz moje życzenie, mademoiselle.
Schody prowadzące na scenę były znacznie niższe i mniej strome niż w teatrze, sama zaś scena wydawała się zaledwie kawałkiem tej przestrzeni, do której przywykł jako aktor. Gdy jednak zabrzmiały pierwsze, aksamitne dźwięki skrzypiec, melodia jasna gładka i przejrzysta jak górski strumień zwróciła jego myśli na inny tor. Usiadł na jednym z krzeseł, wyprostował się i zaczął cicho, łagodnie, starając się wpasować w śpiew skrzypiec Blanche.

Belle
Malgré ses grands yeux noirs qui vous ensorcellent
La demoiselle serait-elle encore pucelle
Quand ses mouvements me font voir monts et merveilles
Sous son jupon aux couleurs de l'arc-en-ciel

Ma dulcinée laissez-moi vous etre infidele
Avant de vous avoir menée jusqu'a l'autel
Quel 
Est l'homme qui détournerait son regard d'elle
Sous peine d'etre changé en statue de sel

Ô Fleur-de-Lys!
Je ne suis pas homme de foi
J'irai cueillir la fleur d'amour d'Esmeralda

Skrzypce przez chwilę dalej snuły swą udręczoną melodię, aż nastała cisza, zupełna i pusta. Deska strzeliła pod nim, gdy poruszył się na krześle.
Wstał i zaczął klaskać, powoli w ten wyjątkowy, właściwy dla siebie sposób, którym było połączenie nonszalancji i kindersztuby.
- Dla najlepszej skrzypaczki, jaką znam - zaśmiał się z niedowierzaniem.

<Blanche? ;3>

14.10.2018

Od Akio cd. historii Blanche

Gdy dojrzał drobną istotkę która najwyraźniej przed czymś lub kimś uciekała otworzył szerzej oczy. Na początku pomyślał, iż może to któryś z żartów dzisiejszej młodzieży których nie rozumiał? Lecz wtedy poczuł się jakby trochę słabszy. Zmarszczył brwi chcąc ponownie się odezwać lecz wtedy usłyszał delikatny szept który sprawił, iż podniósł prędzej opuszczone brwi do góry w akcie zdziwienia. “Ścigają mnie”. Otworzył szerzej oczy i cofnął się o krok, jednocześnie podnosząc głowę do góry i przyglądając się otoczeniu. Miał zapewne o wiele lepszy wzrok niż większość mieszkańców i wypatrywał konkretnej rzeczy a raczej osób. Łowcy. Wiedział, iż pozwalają sobie ostatnio na dużo ale nie spodziewał się, iż na aż tak dużo. Gdy chciał się odezwać do przestraszonego stworzenia to ono prześlizgnęło się w szparze prosto do jego domu. Nie ominął go zapach postaci czy też to w jakim była stanie. Lecz zamiast obrzydzenia czy odrazy wywołała u niego przede wszystkim współczucie. Ile już tak musiała uciekać? A jeśli uciekała to jakim magicznym stworzeniem była? Wpatrywał się w nią zatroskanym wzrokiem gdy ta szybko zaryglowała drzwi, zasłoniła okna i zgasiła światła. Nie powstrzymywał jej gdyż wiedział jak bardzo przerażający potrafią być Łowcy. Nie wiedział również od jak dawna istotka musiała przed nimi uciekać. Przez co musiała przejść aby znaleźć się właśnie tutaj lecz wnioskując po stanie ubioru musiała co najmniej przeprawić się przez bagna.
Podszedł do niej aby ją w jakiś sposób uspokoić lecz wtedy usłyszał jej ledwo słyszalny szept. Jak bardzo była słaba? Czuł jak to wszystko bardzo uwiera go w serce. A co jeśli na jej miejscu byłby jego brat? Tak samo przerażony, zabłocony i zagoniony w kozi róg. Błagający obcą osobę o pomoc i właściwie nie wiedząc czy ją dostanie. Nie przejął się tym, iż chwyciła jego białą szatę i ubrudziła. Patrzył na nią z współczuciem. Co prawda daleko było jej do przestraszonego zwierzęcia nawet jeśli wyglądała na takie z wyglądu to jej oczy… było w nich coś bardzo odległego. Zupełnie jak aktor który odgrywa swoją wyuczoną scenę.
Ukucnął obok niej z delikatnym uśmiechem. Odezwał się trochę ciszej niż przy drzwiach.
- Nie bój się. Tutaj nic Ci nie grozi ze strony łowców. - dotknął dłonią swojej klatki piersiowej - Jestem Akio. I pomogę Ci. - z zatroskanym uśmiechem wstał i wyciągnął w jej kierunku dłoń. Gdy ją pochwyciła z niepewnością podciągnął ją do góry i zaprowadził w kierunku łazienki. Była ona właściwie zaraz obok głównego pokoju gdyż cały dom nie był zbyt duży. Po dojściu na miejsce puścił jej dłoń i wyciągnął z szafy ręcznik. Spojrzał na nią w zamyśleniu. Czy posiada jakieś ubrania w których by się nie utopiła? Wydał z siebie krótkie “hmmm” po czym odezwał się.
- Zaczekaj tutaj chwilkę. Zaraz przyniosę Ci jakieś rzeczy na zmianę. - powiedziawszy wyszedł z łazienki i przeszedł do głównego pokoju gdzie zaczął przeszukiwać swoje szafy. Od razu wiedział czego szuka gdyż przecież nie da jej do ubrania garnituru za dużego o trzy rozmiary czy kimono w którym mogłaby czuć się nieswojo. Wyciągnął bluzę w której praktycznie nie chodził a może założył ją raz czy dwa gdy było mu zbyt zimno. Kompletnie jednak nie wiedział co począć z spodniami. Wyciągnął więc jedne z swych garniturowych spodni marszcząc przy tym brwi. Nie będzie wyglądać to zbyt dobrze… ale może na chwilę wystarczy? Zamknąwszy szafę z ciepłym uśmiechem wrócił do łazienki gdzie pozostawił dziewczę. Położył bluzę i spodnie zaraz obok ręcznika, jednocześnie odzywając się.
- Myślę, iż ciepły prysznic na początek będzie całkiem dobrym pomysłem. Mam dla Ciebie na przebranie spodnie i bluzę lecz wybacz mi, gdyż raczej nie posiadam rzeczy w Twoim rozmiarze. - skłonił się jej co chyba było kwestią przyzwyczajenia z pracy. Gdy się wyprostował odezwał się ponownie.
- Zabierz tyle czasu ile potrzebujesz. Zaparzę herbatę w tym czasie gdyż musisz być zmarznięta. - powiedziawszy uśmiechnął się ciepło patrząc na nią zatroskanym wzrokiem. Odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia zamykając za sobą drzwi. Wziął głęboki wdech i podszedł do okna wypatrując na zewnątrz obecności Łowców lecz chyba sobie odpuścili widząc posiadłość która należała do burmistrza. A mały domek zaraz obok tym bardziej ich nie zainteresował. Odetchnął z ulgą zupełnie jakby spodziewał się gorszego obrotu spraw. Dopiero teraz spojrzał również w dół na swe kimono i uśmiechnął się delikatnie. Podszedł do tej samej szafy co prędzej i wyciągnął z niej swój jutrzejszy garnitur. Wypadało się przebrać, nieprawdaż? Jak pomyślał tak zrobił, przebierając się w pokoju. Gdy już to miał za sobą, spiął starannie włosy aby nie przeszkadzały mu rozpuszczone jak i aby wyglądać dobrze przed kimś. Nawet jeśli to tak nieoczekiwany gość jak ta dziewczyna. Podszedł do aneksu kuchennego i pochwycił imbryczek. Wybrał mieszankę herbaty uspokajającej którą dostatecznie dużo razy dzisiaj już parzył. Dorzucił trochę imbiru na rozgrzanie. Gdy wszystko już przygotował wziął głębszy wdech i delikatnie omiótł imbryczek płomieniem z swych ust. Tak było szybciej i sam mógł dostosować temperaturę do parzonej herbaty. Skończył dopiero gdy był usatysfakcjonowany efektem swojej pracy. Moment w którym miał skończyć był również momentem gdy stworzonko które chwilę przedtem brało prysznic teraz wyszło i dojrzało właściciela ziejącego ogniem. Uśmiechnął się do niej ciepło i właściwie nie przejął się tym. Domyślił się przecież, iż jest jakimś stworzeniem magicznym lecz jeszcze nie wiedział jakimś. Potrząsnął imbryczkiem i nalał w kubek porządną porcję herbaty która zapachem wypełniła cały pokój. Postanowił nie zadawać jej zbędnych pytań gdyż zapewne była dostatecznie zmęczona. Nalał herbaty również w drugi kubek dla własnej osoby. Odłożył ostrożnie imbryczek na specjalne miejsce na blacie po czym sam usiadł przy niewielkim stoliku gdzie rozlał prędzej herbatę do dwóch kubków. Wskazał drugie miejsce dla swej tymczasowej towarzyszki.

<Blanche?>

Od Lisy cd.historii Richarda

Zamyślona swoimi sprawami, starałam się w miarę słuchać ludzi. Jedni umawiali się na nocne numerki, inni wszczynali kłótnie, a jeszcze inni po prostu się bawili. Dzisiejszego wieczoru nie byłam w humorze, ciężki dzień owocował tak samo ciężką nocą. Wciąż nie przywykłam do zostawiania Lily samej na patrolu. Tak zamyślona nie zauważyłam, jak ktoś usiadł przed barem.
- Bonsoir, belle – Przyjemny dla ucha głos zwrócił moją uwagę.
Kątem oka spojrzałam na właściciela jedwabnego brzmienia, wręcz od razu go rozpoznałam. Był to ten sam człowiek, który przyglądał się mojej osobie tuż po przekroczeniu terenu klubu. Tym razem mogłam bardziej przyjrzeć się jego sylwetce. Kruczoczarne włosy mieniły się różnymi kolorami świateł, a regularne rysy twarzy, jak się spodziewałam, nieraz napawały zachwytem kobiety. Koloru oczu nie byłam w stanie rozpoznać, przez panujący chaos, ale byłam pewna, że ukazywały upojenie alkoholowe.

Dość szybko rozwinęła się nam rozmowa, jednak nie byłam pewna co o nim myśleć. Czasem podczas naszej rozmowy kącik moich ust podnosił się ku górze, ale nie opuszczałam swojej bariery. Wielu ludzi w takich miejscach wygaduje wszystko, co tylko ślina na język przyniesie. Richard wspomniał, że jest aktorem, co mnie bardzo nie dziwiło. Z taką buźką to by i na modela się nadawał.
- Bien. Kiedy kończysz, Liso? - Wyrwał mnie z zamyśleń, pasmo jego hematytowych włosów opadło na drugą stronę, a wzrok lustrował każdy mój ruch. - Potrzebuję kogoś do towarzystwa. Mam nieodpartą ochotę napić się czegoś dobrego w nietuzinkowym towarzystwie. Swoją drogą, macie chyba Belvedere, pas vrai?
Powolnie skierował swój wzrok na różne alkohole. Lekkim krokiem podeszłam do odpowiedniego trunku i zaczęłam nalewać.
- Schlebiasz mi Richardzie, ale obawiam się, że będę musiała ci odmówić, spodziewam się, że zanim skończę, ty będziesz już wystarczająco pija… - Nie dane było mi skończyć, bo obok mnie pojawił się jeden z pracowników.
- Te Śnieżka, szef chce cię widzieć. – Spojrzałam w kierunku mojego dawnego kumpla z mordem w oczach, przez co z pewnością pociemniały.
- Ale ja nie chce widzieć jego, księciuniu – Wzięłam się za wycieranie kolejnych naczyń.
- Ahh wilczyca znów pokazuje pazurki. – Uśmiechnął się wrednie, na co ścisnęłam mocniej ścierkę na szkle.
Usłyszałam nieprzyjemny pisk spowodowany moją niedelikatnością. Kątem oka zauważyłam rozbawienie na twarzy czarnowłosego. Delikatnie odłożyłam naczynie i skierowałam swój najbardziej przyjazny uśmiech do Richarda.
- Wybacz mi na momencik. – Spojrzałam ostatni raz na mojego ‘’kolegę” z mordem w oczach i rzuciłam na jego twarz ścierkę. – Jeszcze raz mnie tak nazwiesz, a będą musieli cię w szpitalu zszywać.

Przeszłam przez szkarłatne drzwi i kierowałam się do biura. Obawiałam się najgorszego, mimo że nie miałam bladego pojęcia, co zrobiłam źle. Może wydawać to się dziwne, ale z jednej strony cieszyłam się na spotkanie z szefem. Jak na człowieka sukcesów, był naprawdę godny miana „big papa”. Zatrzymałam się tuż przed drzwiami, aby złapać oddech, nie chciałam wpaść do pomieszczenia zdenerwowana. Spokojnie chwyciłam za klamkę i pociągnęłam.
- Witaj Liso, jak miło cię widzieć całą, usiądź. – Posłusznie wykonałam polecenie, lekko zdziwiona jego słowami.
- Czy coś się stało szefie? – Próbowałam cokolwiek wyczytać z jego zachowań, ale nie bardzo mi to wychodziło.
- Właściwie pragnąłbym, abyś dzisiaj już nie pracowała. Słyszałem, że coś ci się stało i chciałbym, abyś odpuściła sobie dzisiejszą pracę i odpoczęła. Wiesz przecież moja droga, żeś dla mnie jak przyrodnia córka. – Mimowolnie na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
Pan Schwar wbrew pozorom zawsze traktował mnie jak córkę bądź siostrę. Podobno trzeba było sobie na takie traktowanie zasłużyć, ale ja byłam po prostu sobą.
- Rozumiem, ale nie jest to konieczne, czuję się dobrze, a i tak w domu nie będę miała co robić. – Oczywiste było, że kłamałam. Zawsze mogłam pomóc swojej kotce w patrolu miasta, ale wolałam mieć pewność.
- Więc dzisiaj baw się w klubie jako gość, nie pracownik, a teraz zmykaj moja droga i przyprowadź do mnie Leo.
- Dziękuje i życzę miłej nocy. – Pożegnałam się z szefem i spojrzałam na zegarek.
Patrol Lily się zakończył jakieś 20 minut temu i pewnie teraz się wyleguje w domu. Pomyślałam, że w sumie skorzystam z propozycji i pójdę się trochę zabawić. Gdy tylko opuściłam korytarz, moim oczom ukazał się widok Richarda i Leo. Podeszłam do baru i wysłałam blondyna do szefa, sama zajmując chwilowo jego miejsce. Podeszłam do czarnowłosego i delikatnie oparłam się o blat, aby nawiązać lepszy kontakt wzrokowy.
- Przystanę na twoją propozycję Richard, masz może ochotę napić się mojego osobistego przepisu? Ja stawiam. – Uśmiechnęłam się cwano, czekając na reakcję.
- Czyżby humorek zaczął dopisywać?
- Jeszcze nie wiesz jak bardzo. – Delikatnie odsunęłam się od blatu i zaczęłam przygotowywać dwie porcje swojego słynnego płonącego B-52.

<Richard?>

13.10.2018

Od Blanche cd. historii Akio

Wilgotny klimat Aramon wnikał dziewczynie między szpary ubrania. Mocniej otuliła się kawałem tkaniny, który służył jej za płaszcz. Zatrzymała się na jednej z polanek, żeby odsapnąć. Była zmęczona, tak bardzo zmęczona. Potrzebowała energii, którą zapewnić mogła jej żywa istota. Cały las pulsował energią, do której jednak nie mogła się dobrać. Usłyszała jakieś nawoływania w bliskiej odległości. Używając ostatków siły, zdążyła jeszcze stopić się z tłem. W ostatniej chwili zniknął ostatni z włosków, gdy na polanę wpadli Łowcy. Znieruchomiała, kucając jak najbliżej ziemi.
- Gdzie ona się podziała?! - krzyknął rosły mężczyzna, rozglądając się dookoła. - Nie mogła uciec daleko!
Po chwili zniknął w gęstwinie drzew. Za nim ruszyła reszty bandy i po minucie, która zdawała się Blanche wiecznością, nad okolicą zapadła martwa i niezmącona cisza. Powoli się wyprostowała i rozejrzała, gdy miała pewność, że Łowcy oddalili się wystarczająco daleko ruszyła biegiem na oślep. Potykała się w ciemności, gdyż nie mogła użyć mocy. Była zbyt wyczerpana. W myślach wyrzucała sobie, że zgodziła się odwiedzić Paolę w jej domu. Chociaż wtedy nie miała pojęcia, że jej ojciec należy do Łowców. A niewinna sztuczka przechodzeniem przez ściany została zauważona na wszechobecnym monitoringu, o którym nie miała pojęcia. Usłyszała dalekie odgłosy pogoni. Odwróciła więc głowę w stronę dochodzącego dźwięku. I to był błąd. Potknęła się o wystający korzeń i poleciała metr do przodu. Poleciała przez kolczaste krzaki, po czym wpadła do małego oczka wodnego. Narobiła przy tym niemałego hałasu. Próbowała się podnieść lecz miała trudności z wydostaniem się z mulistego dna. Zadrapania w miejscach, gdzie zetknęły się z wodą i potem zaczęły nieprzyjemnie szczypać. Jak na złość, gdy w końcu wydostała się z wody nie mogła wyciągnąć z niej materiału, którym dotąd się okrywała, aby nie czuć zimna. Zdecydowała go porzucić. Ruszyła dalej. Pościg wciąż się zbliżał i wiedziała, że jeśli szybko nie znajdzie jakiejś kryjówki znajdą ją i końca jej dni będą pokazywać w czymś na kształt cyrku. Oto przed państwem najprawdziwsza zjawa! Brawa dla niej! Wiedziała, że najpierw odrą ją z godności a potem z imienia. Nagły chłodny powiew wiatru cisnął jej w twarz mokre strąki włosów. Blanche odgarnęła je jednym szybkim ruchem. Otuliła się skórzaną kurtką, gdyż dziwna, zrobiona z pozszywanych ze sobą koronek bluzka nie dawała zbyt wiele ciepła. Mimo braku sił zmusiła się by dalej pobiec. Mokre, czarne spodnie skutecznie utrudniały jej bieg, a dodatkowo ocierały uda. W butach chlupotała woda, przez co stopa nie miała pewnego oparcia. Bieg w takich warunkach zdawał się nie do zniesienia, szczególnie z widmem polowania, którego jest się zwierzyną łowną. W końcu ujrzała w oddali światło. Z ulgą ugięły się pod nią kolana. Upadła w błoto, jednak zaraz się podniosła. Miała teraz o wiele więcej energii. Dawała z siebie wszystko, pędząc w kierunku blasku, który zwiastował jej ciepło i bezpieczeństwo. Jednocześnie nie dopuszczała do siebie informacji, że może to być jedynie Błędny Ognik, który zaprowadzi ją wprost na bagno, w którym będzie tonąć aż do końca świata. W końcu bezkresna puszcza ustąpiła miejsca łagodnemu trawiastemu stokowi, po którym zbiegła. Teraz miała pewność, że jest blisko. Zbiegła ile tchu, wprost do małego domu, przylegającego do ogromnej, pogrążonej w mroku posiadłości. Uznała, że bezpieczniej, będzie podejście właśnie do domku niż od razu pukanie do drzwi rezydencji. Przechodząc pod ciemnymi oknami rezydencji ujrzała swoje odbicie w ciemnym szkle. Włosy w nieładzie, pozlepiane czymś co przypomniało błoto, twarz i reszta odkrytych części ciała była szara i brudna od kurzu. Biała niegdyś, koronkowa bluzka, była teraz poszarpana i wyglądały z niej inne warstwy białych i podziurawionych ubrań, jakimś cudem kurtka i spodnie były całe. I jeszcze ten zapach. Wcześniej wydawało jej się, że to zapach bagien, czy trzęsawisk. Jednak nie. To ona tak pachniała. Zaczęła się zastanawiać, czy gospodarze domku jej nie przepędzą. Postanowiła zaryzykować. Udała się pod drzwi i niepewnie zapukała. Gdy nikt nie podszedł spróbowała raz jeszcze. I znów. W końcu drzwi się otworzyły i stanął w nich wysoki, szczupły mężczyzna w czymś co przypomniało kimono. Długie, białe włosy spływały mu swobodnie na ramiona. W jego błękitnych jak diamenty w diademie Violet, oczy kryły tysiące pytań i innych rzeczy, których nie mogła odczytać.
- W czym mogę służyć? - zapytał ciepłym i dobrym tonem, który sprawił że Blanche nie mal od razu mu zaufała.
Próbowała coś powiedzieć, jednak nie mogła sobie przypomnieć słów. Jakby ktoś nagle odebrał jej zdolność mowy. Czuła od niego silną energię, z której zaczerpnęła. Kiedy się wzmocniła, spojrzała mu w oczy.
- Pomóż mi! - Wyszeptała niemal niedosłyszalnym szeptem. - Ścigają mnie! - Dodała.
Zaskoczony mężczyzna cofnął się lekko. Może spowodował to szok? Może zapach? Może oba? W każdym razie zrobił na tyle dużą lukę w drzwiach, że dziewczyna dała radę przejść obok. Szybko zamknęła i zaryglowała drzwi. Zgasiła też w całym domu światła i zasłoniła okna. Po czym skulona przycupnęła w kącie.
- Nie wyrzucaj mnie szlachetny panie. - Wyszeptała. - Jutro sobie pójdę. Tylko pozwól mi dziś tu zostać! - Rzuciła błagalnym tonem, a gdy się zbliżył chwyciła dół jego szaty, przez chwilę nie dbając o to, że może mu ją ubrudzić. - Błagam! - Po chwili jednak się zreflektowała i cofnęła rękę, kryjąc ją pod połą płaszcza. Nie czuła strachu przed tymi, którzy ją gonią. W ogóle nic nie czuła. Reagowała według wyuczonych schematów i odruchów. Jednocześnie nie zamierzała być niczyim trofeum. Była nim dla matki i ojca przez ostatnie dziewiętnaście lat. W końcu mogła być wolna. A teraz ktoś próbował odebrać jej tę wolność. Nie zamierzała jej oddać. Ani teraz, ani nigdy więcej. Dlatego skuliła się w kącie próbując stać się niewidzialną. Miała jednak na to wciąż za mało sił. Jednocześnie prosiła w duchu, aby ten białowłosy, kimkolwiek był nie wyrzucił jej stąd, ani nie zawołał Łowców, aby sami po nią przyszli. A co jeśli sam jest jednym z nich? Zapytał głos w jej głowie. Zignorowała go, mając nadzieję że się myli.

<Akio?>