wtorek, 16 stycznia 2018

Od Nathaniela cd. historii Megan

- Znalazłam cię w zaułku. To ty mi raczej powiedz, co się stało. - podała mi kubek.
Co się stało? Sam chciałbym wiedzieć. Zmrużyłem oczy i starałem się przypomnieć wydarzenia z wczorajszego wieczoru.
- Byłem na spacerze.. - zamilkłem. - Kim jesteś?
- Strasznie chaotycznie mówisz. - mruknęła. - Więc co się stało dalej?
- O-odpowiedz. - mruknąłem kiedy przeszły mnie niewiarygodny ból przez całe ciało, jęknąłem przeciągle.
Spojrzałem na dziewczynę, obraz zlewał się w jedno, ból się nasilał.
- Jeśli jesteś łowcą zabij mnie. Zabij. Zrób przysługę. Daj żyć bez tej klątwy. Skończ moje męki i mnie zabij.
- Dlaczego sam się nie zabijesz? - spytała beznamiętnie.
- Samobójcy to tchórze. Nie będąc w stanie skrzywdzić kogoś, robią to sobie...
- Prosząc o śmierć, stajesz się samobójcą.
- Prosząc o śmierć pokazuje swoją słabość. Ci którzy zdają sobie sprawę ze swoich słabości są silni. Jednak ja, nie jestem silny. Mimo tego samobójcą nie zostanę.. Zrób swiatu przysługę i zabij mnie.
- Nie jestem łowcą.
- Więc kim? Po co mnie zabrałaś?
- Jak się nazywasz?
Nie odpowiedziałem. Moje myśli były zamglone, tak jak to, co działo się w nocy. Pamiętam, że przechodziłem obok przystanku, moja świadomość trwała przy mnie do momentu styczności z krwią. Najpierw zabiłem tego chłopaka, a potem? Pewnie kilka kolejnych osób. Łowcy będą dokładniej pilnować okolice, byłem bezpieczny dopóki trzymałem się z dala od krwi. Kot nikomu przecież nie zagrażał, anioł to nie wiem gdzie we mnie jest poza skrzydłami. Ten wampiryzm ciągnie mnie na dno, wciąga pod ziemię, głęboko, do czeluści śmierci i mroku.
- Nathaniel. - mruknąłem. Po co? Nie wiem. To nie ważne. - Powiesz mi w końcu kim jesteś?
- Jestem Megan. Ty ich zabiłeś?
- Nie wiem. - dziewczyna spojrzała się na mnie jak na wariata.
Dopiero teraz zauważyłem kubek stojący przede mną z gorącym napojem. Z trudem uniosłem naczynie i zbliżyłem do ust, zapach mięty był czymś co uwielbiałem, wziąłem łyk. Ciepło dochodziło się po ciele, moja temperatura musiała mocno spaść przez nocną zabawę.
- Jak możesz nie wiedzieć czy ich zabiłeś? - zapytała zbita z tropu.
- Ile było trupów?
- Zobaczyłam dwa. Jeden na przystanku, drugi razem z Tobą w zaułku, co działo się wcześniej to nie mam pojęcia.
- Dwa trupy? Myślałem że będzie gorzej za pierwszym razem. - mruknąłem do siebie. - Pamiętam cokolwiek do momentu kiedy podszedłem do chłopaka na przystanku.
- Rozumiem. Ale dlaczego tak bez oporu wziąłeś tabletki? Mogłam Cię otruć...
- Szkoda że tego nie zrobiłaś. - mruknąłem znów do siebie. - Chol*ra gdzie ten rypany kot?
Dziewczyna patrzyła już na mnie jakbym całkowicie urwał się z księżyca. Miał przecież pilnować abym nikomu nic nie zrobił więc gdzie on teraz się podziewa?
- Jaki kot?
- Jakby przypałętał się jakiś czarny puchaty kocur to poinformuj mnie proszę. Zresztą, zaraz się zmywam i nie przeszkadzam w zajęciach więc to będzie nieistotne. - odparłem.
Nie zdziwiłbym się gdyby dziewczyna zadzwoniła do szpitala, że jakiegoś wariata ma w domu albo na policję bo zamordowałem dwie osoby. Nagle w okno kuchenne zaczęło coś stukać. Nie tyle coś a kot. Ten czarny sierściuch.
- To o tego kota ci chodziło? - zapytała biorąc na ręce futrzaka.
- Gdzieś ty był do chol*ry kiedy byłeś mi potrzebny? - warknąłem do kota, zabierając go się dziewczyny.
- Grzeczniej dzieciaku! Akurat kiedy skończyłeś zabawić się z chłopakiem a potem policjantem przyglądałem się jak dziewczyna Cię stamtąd zgarnia nieprzytomnego.
- Nienawidzę Cię Mefisto. - mruknąłem. - Skoro on już że mną jest mogę wracać do domu. - dzwignąłem się do góry, kolejny błąd życia. Ogromny ból przeszedł moje ciało. - Dlaczego wszystko mnie boli?
- Ponieważ pierwszy raz od przemiany piłeś krew. Wiesz kilkanaście lat to trochę długo, dlatego ciało nie jest przyzwyczajone do czegoś takiego. Pewnie gdybyś pił krew systematycznie nie straciłbyś ani kontroli, ani przytomności, ani siły.
- Jako wampir nigdy wcześniej nie piłeś krwi?
Słyszy go? Po co Mefisto na to pozwala? Policzmy się w domu kocurze... W odpowiedzi pokiwałem przecząco głową.

<Megan?>

piątek, 12 stycznia 2018

Od Margareth cd. historii Andrea

Czy chciałam usłyszeć taką gorliwą deklarację? Sama nie wiem, pewne jest jednak, że podczas wypowiadania tych słów, moje serce całkowicie nieoczekiwanie wywinęło fikołka, zupełnie jakby tego właśnie potrzebowało i zaczęło pracować jak oszalałe, czułam, jak bije coraz szybciej i szybciej. Spojrzałam na niego uważnie, szukając tak upragnionego fałszu w jego słowach, dzięki czemu upewniłabym się w podjętej wcześniej decyzji i bez jakichkolwiek wątpliwości mogłabym próbować zapomnieć o mężczyźnie, który kilkoma prostymi słowami czy gestami wbrew mojej woli doprowadził do tego, że nie pragnęłam niczego innego niż być obok niego. Niestety, nie odnalazłam nawet krzty kłamstwa. Czy to możliwe, aby ktoś był aż tak dobrym aktorem? Żeby za fasadą maski całkowicie ukryć swoje prawdziwe uczucia i nawet oczy, w  tym przypadku tak anielsko fiołkowe, które jak niektórzy twierdzą są najwierniejszym odbiciem duszy, były całkowicie zakłamane?
- Jesteś aktorem – zaczęłam tonem wypranym z emocji – całe twoje życie to fikcja, mamienie i udawanie kogoś, kim nie jesteś. Boję się, że postanowisz ponownie zagrać, tyle że poza sceną. Nie zniosłabym, gdybyś po raz kolejny wtargnął w moje życie niczym tornado, wywracając wszystko do góry nogami tylko i wyłącznie dla swojej radości czy rozrywki, po czym zniknął tak samo szybko, jak się pojawiłeś. I tak nie zdążyłam posprzątać tego bałaganu, który po sobie zostawiłeś za pierwszym razem – przymknęłam oczy, co z tego, że Andrea jest mężczyzną? To niczego nie zmienia, kobieta także może mieć problem z wyrażaniem uczuć, a już, zwłaszcza gdy została przyparta do muru i boi się, że ponownie zostanie odtrącona — Gdybym mogła spełnić swoje życzenie, choćby jedno jedyne, wiesz, jakie by było? Chciałabym móc zapomnieć. Nie dlatego, że żałuję. Nie żałuję w ogóle, że cię spotkałam, dzięki temu mogłam zrozumieć, jak to jest być oczarowanym kimś tak bardzo, że chce się go uszczęśliwiać choćby kosztem własnego szczęścia. Żałuję tylko tego, że przez to wszystko zawiodłam się sobą, że dałam się oczarować komuś, komu z taką łatwością przyszło odrzucenie moich uczuć, nie dając im nawet szansy rozkwitnąć. Chciałabym móc po prostu zapomnieć o rozczarowaniu. Jednak jest to niemożliwe – tym razem zamiast czystej obojętności była gorycz, gorzki posmak porażki i bezsilności, który jest bliskim towarzyszem w życiu. Te wszystkie bezsensowne ludzkie prośby tylko i wyłącznie dołują, oni mogą mieć, czego tylko dusza zapragnie, a jedyną rzeczą, o którą codziennie się modlę, jest prawdziwa wolność, która jest tak bardzo nieosiągalna — Czary dżina, nawet wszechmocnego nigdy nie działają dla niego samego, gdyby było inaczej, należelibyśmy do wymarłego gatunku. Wierz mi, że nikt nie chce być skazany na takie życie, jakie my musimy wieść. Wieczna niepewność, kiedy znowu będzie trzeba wrócić do głuchej ciemności i samotności, do zimnej pustki, aby czekać, aż kolejna osoba nas przywoła tylko po to, żebyśmy spełnili jej życzenia. Mamy tak potężną moc spełniania ludzkich pragnień. Nasza magia jest wystarczająco silna, by pstryknięciem palców przenosić góry i osuszać morza, jednak na tyle słaba, by nie móc na dobre uwolnić się z jarzma lampy, nawet nie wyobrażasz sobie, jakie jest to frustrujące — omiotłam wzrokiem jeszcze raz całe pomieszczenie. Jeśli miał tak bajkowe życie, jak wnętrze tego pokoju, nigdy nie będzie w stanie, zrozumieć tego, co czuję. Jak można było dobrowolnie oddać coś tak niesamowitego? I tu już wcale nie chodzi o posiadłość i jej wartość, która z pewnością była niebotyczna. Dom zawsze był dla mnie czymś niezastąpionym, czymś wyjątkowym, miejscem, do którego mimo wszystko chciało się wracać. Wiele bym dała, bym mogła wrócić do swojego, ale tego prawdziwego, rodzinnego. Wróciłam wzrokiem do Andrea — Mnie poniekąd się to udało, kiedy wszystko było praktycznie idealnie, byłam już właściwie na ostatniej prostej do prawdziwej wolności, wtedy pojawiłeś się ty. Nie wiem, jak tego dokonałeś, być może twoje ukryte przede mną pragnienia były tak silne, że obudziły ponownie i wyciągnęły na wierzch moją prawdziwą naturę. A może wręcz przeciwnie, to ja będąc kompletnie zaślepiona i dając się ponieść chwili, podświadomie chciałam spełnić twoje marzenia. Tak poza tym – barwa głosu nagle stała się bardziej intensywna, wyrazista. Bez problemu można było wyczuć nutkę wrogości przeplatanej z żalem — Co chcesz naprawiać? Coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca? Coś, co powinno już dawno temu zostać zniszczone, ale mimo zdrowego rozsądku, który dość głośno alarmował, pozwoliłam,  żeby bezsensownie rosło w siłę? Należymy do dwóch różnych światów, które niby przenikają się, jednak tak naprawdę nigdy nie powinny się ze sobą łączyć, pod żadnym względem. Ludzie mają użytkowników magii za  niebezpieczne monstra, bezmyślne potwory, które skoro już się pojawiły, to powinny egzystować pod ścisłą ludzką kontrolą, nadzorem, który ma wyeliminować wszystko, co w nas niezwykłe, najlepiej nas samych. A w rzeczywistości to wy jesteście zagrożeniem, my po prostu chcemy normalne żyć — spojrzałam na filiżankę z herbatą, niepewnie podniosłam ją i wzięłam łyk, była już właściwie zimna, mimo to doskonała, że nadal chciało się ją pić. Zupełnie jak Andrea, skrzywdził mnie, przez co powinnam całkowicie się od niego odciąć, zamiast tego z każdą chwilą ciągnęło mnie do niego coraz bardziej. Gdy pomyślę, że miałabym teraz wyjść i nigdy więcej go nie zobaczyć, coś ściska mnie w żołądku i czuję, że straciłabym nieodwracalnie coś bardzo cennego, jakąś cząstkę siebie. Jednak nie mogę się przyznać do tego, że zdobył nie tylko moją lampę, ale i serce. Nie w chwili, gdy próbuję sobie wszystko poukładać i desperacko uciec, jak tylko się da — Masz rację, nie rozumiem wielu rzeczy, o wielu nie mam pojęcia i zapewne nigdy nie będę miała. Nie zmienia to faktu, że potraktowałeś mnie jak śmiecia, zdeptałeś moje uczucia i gdybym nie pojawiła się w Contessie, wątpię, że pokwapiłbyś się na jakiekolwiek tłumaczenia. Jednak na twoje, jak i moje nieszczęście zostałeś na mnie skazany, dopóki nie wypełnię tych cholernych pięciu życzeń, będziesz musiał jakoś wytrzymać towarzystwo starej zabawki – ścisnęłam dłonie, nie chciałam, aby Andrea widział, jak drżą, cóż z tego, że były schowane pod stołem, moja podświadomość była przekonana, że nie jest to wystarczająca osłona, zupełnie jakby jakimś cudem mógł on widzieć przez przedmioty. Najchętniej uciekłabym stąd, żeby nie musieć patrzeć na kogoś, kto w ciągu tak krótkiego czasu stał się dla mnie bardzo ważny, a kto tak bardzo mnie zranił; zaszyłabym się w swoim łóżku, aby czas mógł uśmierzyć ból i dopiero po tym wypłynęłabym na światło dzienne.

Czułam, jakby coś rozrywało mnie od środka, jakby toczyła się we mnie wewnętrzna bitwa. Rozum, który przypominał, jak Andrea potraktował mnie ostatnim razem, skutecznie gasił wszelki entuzjazm i optymizm serca, które za wszelką cenę chciało, bym nie żyła przeszłością, tylko brała to, co dostaję od życia w tej chwili. A dostawałam mężczyznę, któremu mimo wielu wad i błędów z przeszłości, podobno na mnie zależy. Wahałam się, sprzeczne emocje targały mną, jednak czarę goryczy przelał obraz, który zobaczyłam przed oczami. Gdy obudziłam się sama tamtego ranka, szukając jakichkolwiek oznak, że Andrea jednak mnie tak po prostu nie zostawił. To rozczarowanie pomieszane z dołującym poczuciem beznadziejności i bezradności nie chciały mnie tak łatwo opuścić. Pilnowały, by nieprzyjemne uczucie zawodu i żalu tliły się we mnie wystarczająco mocno, aby wzniecić pożogę.
- Myślałeś, że po twoim ckliwym oświadczeniu zapomnę, co się wydarzyło? A właściwie jak mnie zostawiłeś? To nie jest takie proste, może nie jestem człowiekiem takim jak ty, ale też nie jestem jakimś komputerem, żeby móc wymazać niepotrzebne dane. Już mówiłam, nie jestem też krwiożerczą bestią, za którą część ludzi mnie ma. Jak widzisz, pod pewnymi względami jestem zwykłą dziewczyną, dziewczyną myślącą, że pomimo swojej odmienności, może znaleźć w życiu kogoś, komu może bezgranicznie zaufać, z kim będzie czuć się szczęśliwa i przede wszystkim bezpieczna. A w chwili, gdy pojawiłeś się ty z tą swoją nieograniczoną śmiałością i magnetycznym spojrzeniem, gdy przez dosłownie jeden ułamek sekundy przeszło mi coś takiego przez myśl, zabawiłeś się moim kosztem i najzwyczajniej w świecie złamałeś mi serce. Dlatego nie popełnię drugi raz tego błędu, nawet jeśli każdy kawałek tego mojego popękanego i zranionego przez ciebie serca nieustannie wyrywa się w twoją stronę – urwałam na chwilę i spuściłam głowę, nie chcąc na niego patrzeć, jednocześnie czując, że zaczynam się rumienić. Słowa, które miały wyjść z moich ust, przypomniały mi czasy sprzed uwolnienia się z lampy. Nie wiem jakim cudem, ale Andrea sprawił, że wróciłam do punktu wyjścia, a moja utopijna wolność stała się tylko bolesnym wspomnieniem.
– No, chyba że jest to twoje pierwsze życzenie, w takim razie z przyjemnością je spełnię i od tej chwili będziesz miał czystą kartę. W końcu twoje życzenie jest dla mnie rozkazem.

Najdroższy? Za każdym razem zaskakujesz mnie coraz bardziej ;3

Od Megan cd. historii Nathaniela

Siedziałam przy stole ze szklanką gorącej herbaty w dłoniach, w kierunku obcego, leżącego na moim łóżku. Zarzuciłam nogę na nogę, przykładając szklankę do ust i czując jej ciepło. Białowłosy chłopak leżał nieprzytomny. Na jego twarzy widniała krew, tak samo na rękach oraz na ubraniach. Lyod znowu gdzieś się szwendał po ulicy, dzięki czemu nie musiał oglądać, jak wtaszczam nieprzytomnego faceta we krwi do domu.
Ocknął się. Widać po nim było, że każdy ruch sprawiał mu ból, dlatego od razu przygotowałam mu szklankę wody i tabletki. Co zabawniejsze, nie pytał się, czym go chce nakarmić. Wyobraziłam sobie, jak zamiast do mnie, trafia do jakichś sadystów, którzy podają mu dziwne pigułki, które wyżrą mu wnętrzności. Pewnie nawet wtedy nie zapytałby, co mu podano. Za wszelką cenę chciał się dowiedzieć, gdzie był, ale sen zwyciężył. Nie widziałam sensu odpowiadania na jego pytanie, skoro wiedziałam, że i tak zaśnie, a potem nic nie będzie pamiętał. Gdy ponownie stracił kontakt z rzeczywistością, wyszłam z pokoju i schodząc po schodach, skierowałam się do kuchni.

Gdy wysiadłam z autobusu, zauważyłam na przystanku martwego chłopaka, na oko ode mnie młodszego. Z jego szyi lała się cienka strużka krwi, a ubrania miał nieco poszarpane. Ktoś go napadł? Ominęłam miejsce zbrodni słysząc tylko "To pewnie wampir. Ma dwie dziurki w szyi i stracił dużo krwi.". Przeszłam kawałek drogi chodnikiem, a po przejściu na drugą stronę zauważyłam ślady krwi. Prowadziły one do zaułku, który miałam po drodze. Zatrzymałam się przed nim próbując dostrzec cokolwiek w ciemnościach. Udało mi się tylko wychwycić nogę, leżącą na ziemi. Chwilę tak stałam przyglądając się trupom, aż w końcu postanowiłam sprawdzić, czy właściciel nogi żyje.
Dopiero gdy wzrok przyzwyczaił się do ciemności, zauważyłam dwie postacie. Obie leżały i prawdopodobnie nie żyły. Podeszłam do pierwszej ofiary; policjant w garniturze miał rozcięte gardło. Nie wykryłam żadnego pulsu, chociaż i tak to nie możliwe, aby żył. Podeszłam do drugiego ciała, które leżało oparte głową o ścianę za kontenerem na śmierci. Kucnęłam i przyłożyłam palce do szyi. Posiadał tętno. Chwilę się zastanawiałam, co z nimi zrobić. Dobić? Nagle chłopak przede mną mruknął coś pod nosem, przekręcił głowę na drugą stronę i znowu stracił przytomność. Zarzuciłam go sobie na ramię i wybierając drogę między zaułkami, doszłam do tylnych drzwi swojego lokum.

Wstawiłam wodę na herbatę. Lyod wrócił ze "spaceru" chwaląc się, że zdiął jakiegoś sierściucha z drzewa. Zrobiłam nam obu po zapiekance. Chłopak postanowił znowu wyjść, tym razem do swojego starego znajomego. Ja go oczywiście nie zatrzymywałam, bo po co? Jeśli coś się stanie, wyczuje to. Po jego wyjściu usłyszałam kroki na schodach. Stałam przy zlewie i akurat zmywałam naczynia, kiedy do kuchni wszedł zombie; tak właśnie wyglądał nieznajomy. Blady, białe włosy, niewyraźne spojrzenie, opuchnięte oczy, w niektórych miejscach poszarpane ubranie, no i najważniejsze, ubrudzony we krwi.
- Gdzie jestem? - ponowił wcześniejsze pytanie. Wskazałam dłonią, aby usiadł i tak jak z tabletkami, zrobił to bez oporu.
- A na co ci to wygląda? U mnie w domu - odpowiedziałam wycierając ręce. Wyjęłam szklankę i wrzuciłam do niej saszetkę herbaty miętowej.
- Skąd się tu wziąłem? - kolejne pytanie, odpowiedziałam wzruszeniem ramion. Zalałam herbatę gorącą wodą.
- Znalazłam cię w zaułku. To ty mi raczej powiedz, co się stało - podałam mu kubek z gorącą cieczą.

<Nathaniel?>

poniedziałek, 8 stycznia 2018

Od Andrea cd. historii Margareth

Twarz pana Cavalcanti była fasadą obojętności i niewzruszenia, tak nieugiętą i doskonałą, że mało kto byłby w stanie odgadnąć, że uczucie te egzystowały tylko na powierzchni, mile od tego, co rozgrywało się we wnętrzu jego duszy.
Kiedy ostatnie słowa Margareth przebrzmiały głuchym echem od ścian, w holu zaległa cisza pełna napięcia i oczekiwania.
Nikt z obecnych nie ważył się drgnąć w obliczu sceny rozgrywającej się przed ich oczami. Można było wręcz odnieść wrażenie, że zgromadzeni przestali oddychać, aby dźwięk nabieranego powietrza nie zagłuszył przypadkiem spodziewanej kontry z ust siwowłosego. Uważny wzrok tłumu nieustannie strzelał to na niego, to na Margareth, lecz oboje zdawali się mieć publikę za nic, jakby wcale nie istniała.
Andrea stał prosto, ze wzrokiem wbitym prosto w dziewczynę, która, rzuciwszy mu ostatnie krzywe spojrzenie, bezceremonialnie odwróciła się i ruszyła prosto przed siebie w akompaniamencie szeptu materiału jej sukni sunącego po deskach parkietu. Nie uszła dwóch kroków, kiedy złapał ją za przegub dłoni ruchem łagodnym, lecz jednocześnie na tyle stanowczym, aby musiała odwrócić się i na niego spojrzeć.
Jej oczy mieściły w sobie tyle wzgardy w najczystszej postaci, że Cavalcanti po raz pierwszy od niepamiętnych czasów poczuł potrzebę odwrócenia wzroku i ustąpienia pola, byle tylko wymazać ten obraz z pamięci. Pod wpływem tego właśnie spojrzenia, które wydawało się tak nieskończenie bezlitosne i zarazem cudownie znajome, że niemal widział w nim poprzedniego pana Cavalcanti, który w niewielu okolicznościach mu go szczędził, grdyka zatańczyła na niego szyi.
- Nie wiesz o bardzo wielu rzeczach, moja pani. Nie wszystko jest takie proste, jak mogłoby się wydawać - ton jego głosu był nieporuszony jak stal, lecz beznamiętny wyraz jego twarz zsunął się natychmiast, gdy dziewczyna z rozmachem wyrwała dłoń z jego uścisku, po czym poruszyła nią tak, jakby chciała strzepnąć z niej wspomnienie jego dotyku. Zaraz też cofnęła się, jakby zbliżył się do niej wąż, a nie młody mężczyzna ubrany w złoto i nieskazitelną biel.
Nie zatrzymał jej, kiedy ponownie ruszyła w stronę drzwi szybkim i gniewnym krokiem, który donośnie zadudnił o ściany korytarza.
Po odprowadzeniu jej wzrokiem pobieżnie potoczył nim po zgromadzonych. Dostrzegł wielu stałych bywalców i jeszcze więcej osób znanych z dziesiątek innych miejsc i sytuacji. Kilka panien uśmiechało się złośliwie, jakiś mężczyzna w granatowym garniturze wznosił oczy ku niebiosom z zażenowaniem wypisanym na twarzy, inny, dużo młodszy, skierowań nań współczujące spojrzenie, a jakaś kobieta w turkusach, najwyraźniej dopiero przybyła, bezwstydnie posłała mu pocałunek.
Wtem do jego uszu dotarło, jak ktoś łokciem i bluzgami toruje sobie drogę przez zwarty tłum:
- No dalej, rozejść się, sztuka skończona, to nie cholerne targowisko, żebyście tak tutaj kwitnęli, do stu diabłów! - awanturniczy głos wybijał się ponad dźwięki ogólnego zamieszania i krzątaniny, która zawrzała, kiedy zgromadzeni pojęli, że widowisko dobiegło końca. Andrea obrócił się w stronę jego źródła.
Ciemnowłosy młody mężczyzna w powłóczystej szacie Kreona niemal siłą przepchnął się przez tłum i nim Andrea dążył cokolwiek powiedzieć, obcesowo złapał go pod ramię i bez słowa wyprowadził tymi samymi drzwiami, którymi niemal wybiegła Margareth. Cavalcanti dał się mu prowadzić bez cienia sprzeciwu.
Noc była jasna i chłodna, kiedy szli w milczeniu przez ogrody oświetlone księżycową łuną i pojedynczymi latarniami. Żwir chrzęścił wesoło od ich butami, a nocne ptaki pohukiwały ukryte w gąszczach.
Dotarłszy do całkowicie odludnego miejsca, osłoniętego przed wzrokiem ciekawskich wysokim żywopłotem, Albert Adamantan, stary przyjaciel pana Cavalcanti, wskazał mu staroświecką ławkę błazeńskim gestem. Andrea ponownie bardzo potulnie poddał się woli swojego towarzysza.
- Nie mam pojęcia, co za draństwo tak cię zdekoncentrowało - zaczął, patrząc na niego z góry, z rękami ułożonymi na biodrach - ale wiem, że masz przejebane, mój drogi. - cmoknął i wygrzebał z torby przewieszonej przez ramię paczkę markowych papierosów. Wysunął jednego dla siebie i mechanicznym ruchem wywodzącym się z jego przyzwyczajenie do częstowania wszystkich i wszystkim, podsunął ją siwowłosemu pod nos. Andrea bez zastanowienia wziął całą paczkę - Z tego co udało mi się dojrzeć, nasz drogi pan directeur zaszczycił nas swoją obecnością na widowni. I ujrzał na własne oczy wszystkie twoje olśniewające potknięcia. - usiadłszy wreszcie obok, obrzucił towarzysza nieopisanym spojrzeniem, z którego wynikało, że dopiero teraz przypomniał sobie, że Andrea zwykł unikać tytoniu jak ognia.
- Wiem - wymruczał przeciągle, usiłując odpalić papierosa od Alberta, który na zapalenie swojego wykorzystał ostatnią zapałkę. Czarnowłosy wydawał się rozdarty między spoglądaniem na niego z dezaprobatą wywołaną jego nieprzygotowaniem do sztuki a dziecięcym zdumieniem, w które wprawiał go widok palącego towarzysza.
- O mało nie rozniosłeś w drzazgi siedzenia wartego więcej niż cztery moje żałosne pensje, pomyliłeś kwestie łącznie cztery razy, w tym d w a w samej scenie finałowej i gdyby nie improwizacja reszty ekipy wszystko poszłoby w diabły. Ach, no tak, oczywiście nie zapominajmy o rabanie w holu. Swoją drogą, co to za jedna i co żeś jej zrobił?
Andrea łypnął na niego groźnie, jakby chciał powiedzieć, że lepiej zrobi, jeśli nie będzie wtykał nosa w nie swoje sprawy. Albert oczywiście udał, że nie zrozumiał jego przekazu i już otwierał usta, aby zasypać go falą niewygodnych pytań, gdy dały się słyszeć szurające kroki w sąsiedniej alejce. Obaj jak jeden mąż strzelili wzrokiem w jej stronę.
Ukazał się w niej siostrzeniec dyrektora teatru.
- Dobry wieczór panom - pozdrowił ich, uprzejmie skłoniwszy głowę. - Przynoszę wiadomość w imieniu pana Chevreau. Pan życzy sobie, aby pan Cavalcanti stawił się niezwłocznie w jego gabinecie na trzecim piętrze.
- O kurwa - skomentował Albert.
Andrea natychmiast zgromił go wzrokiem, po czym zgasił papierosa i zapytał od niechcenia tonem wielkiej persony:
- Poinformowano cię o celu tego spotkania?
Młodzian po chwili zastanowienia zaprzeczył, dodał jednak, że dyrektor jest w wyjątkowo podłym usposobieniu, co z reguły nie wróżyło niczego dobrego.
Towarzysze spojrzeli po sobie, jak osoby znające się na tyle długo, aby potrafić wymieniać się obawami bez słów.
- Dobrze. - skinął głową Cavalcanti, podnosząc się z miejsca. - Stawię się tam w ciągu pięciu minut.
Albert poderwał się z miejsca.
- Idę z tobą.
- Siadaj. - rozkazał kategorycznym tonem Andrea, wiedząc, na co stać Alberta i znając doskonale jego doborowe słownictwo - Jeszcze brakuje tylko, żebyś na wespół z twoim niewyparzonym językiem pozbawił nas obu zatrudnienia.

*

Późne popołudnie trzy dni po wydarzeniach w Contessie należało do wyjątkowo słonecznych. Nieskalanie czyste snopy światła wlewały się przez wysokie okna do przestronnych pomieszczeń, odbijając się od złotych zdobień i tańcząc na diamentowych szkłach i porcelanie.
W dni takie jak ten od razu rozumiało się, że posiadłość Lumière nie zawdzięczała swojej nazwy przypadkowi. W bezchmurne dni obszerne korytarze i pokoje zalewane zostawały jasnym blaskiem, wpadającym przez szerokie okna, co czyniło ich wnętrza przyjazne i w pewien sposób natchnione.
Cavalcanti co prawda stronił od przebywania w tym miejscu, lecz gdy już się pojawiał, zdawał się stanowić jego idealnie dopasowany żywy element, i kiedy siedział przy stole inkrustowanym złotem, kołysząc łańcuszkiem z lampą przed oczami, można było odnieść wrażenie, że on i otaczające go sprzęty zlewają się w jedno.
Wnętrze reprezentacyjnego pokoju na trzecim piętrze było przestronne i zagospodarowane w wyszukany, ale jednocześnie mało krzykliwy i oszczędny sposób. Niemal całą powierzchnię wschodniej ściany zajmowały obszerne okna, których niespotykany rozmiar był znakiem charakterystycznym dla całego majątku. Słoneczny blask tworzył połyskujące kałuże na drewnianym parkiecie, tak wypolerowanym, że lśnił jak lustro. Światło odbijało się nawet od złuszczonych liter na okładkach rozpadających się książek, oświetlało obrazy łuną i tańczyło na krawędzi lampy, przesuwając swój błysk z każdym poruszeniem dłoni pana Cavalcanti.
Długi czas wahał się, jak powinien postąpić w kwestii lampy i jej właścicielki, a kiedy już powziął decyzję i postanowił niezwłocznie wdrożyć ją w życie, nagle wydawała mu się niepoważna i ryzykowna. Nie potrafił jednak doszukać się innego rozwiązania, więc koniec końców i tak nie miał dużego wyboru.
Schwycił cały naszyjnik w dłoń i przywołał przed oczy uśmiechniętej Margareth, taką, jaką mógłby ją namalować, gdyby tylko wyraziła zgodę. Nie był pewny, czy ten obraz był prawdziwym wspomnieniem, czy tylko wytworem jego wyobraźni, jednakże...
Sprawdził się.
Na podłodze obok niego skumulowała się niewielka wasążka szkarłatnego dymu, przetykanego deseniami różu, fioletu i szarości, skrzącego się, jakby pomiędzy nimi ukryte zostały konstelacje drobnych gwiazd. Dym wił się i kotłował zaledwie kilka kroków od jego stóp, a gdy zamrugał, zjawisko niespodziewanie zniknęło. Cavalcanti wbił podejrzliwe spojrzenie w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą je widział, gdy nagle usłyszał, jak ktoś symuluje kaszel. Podniósł wzrok.
Margareth z rękami skrzyżowanymi na klatce piersiowej swobodnie opierała się o przeciwległy koniec stołu, krytycznie spoglądając na swoje paznokcie. Wyglądała najzupełniej ludzko, pomijając jej bajeczną kreację, na której widok Andrea zmuszony był powstrzymać ręką szczękę przed opadnięciem na stół. Z trudem otrząsnął się ze zdumienia, po czym podniósł się i postąpił kilka kroków w jej stronę.
- Witaj w moich skromnych progach, mon amour - skłonił głęboko, z niewymuszonym wdziękiem, po czym uprzejmym gestem zaprosił ją do zajęcia miejsca przy stole, nakrytym obrusem lekkim jak pajęcza, którego centralne miejsce zajmował serwis do herbaty i dwie trzypiętrowe patery.
Margareth omiotła go surowym wzrokiem i po chwili wahania skinęła głową z lodowatą uprzejmością. Andrea, zupełnie niezniechęcony, niebywale szarmanckim gestem odsunął i zasunął za nią krzesło, po czym stanął u jej boku i, pochwyciwszy dzbanek, z którego unosiła się smuga pary, nalał jej herbaty do filiżanki tak wprawnie, jakby robił to przez całe swoje życie.
- Mam nadzieję, że lubisz herbatę i słodycze - powiedział od niechcenia, siadając naprzeciwko niej. Nalewał właśnie napoju dla siebie, gdy przez środek pokoju przegalopował srebrno-biały kocur o postawionym ogonie puchatym jak miotełka do kurzu. Przemykając pod stołem, otarł się o nogi Margerath, po czym wskoczył na wolne krzesło pomiędzy nimi. -... I koty. Bo jeżeli nie...
- Wypowiedź życzenie - wpadła mu w pół słowa, najwyraźniej orientując się, że Andrea usiłował grać na zwłokę. Cała jej postawa była niemal nieruchoma, ale nie sztywna. Powaga mieszała się z lekkim lekceważeniem, jakby chciała pokazać mu, że jest tu tylko i wyłącznie z powodu obowiązku, który na dodatek bardzo jej ciąży. Nie zaszczyciła nawet spojrzeniem zastawionego stołu, wnętrze pomieszczenia omiotła bardzo pobieżnie i bez większych wrażeń, a przynajmniej bez takich, które znalazłyby odbicie na jej twarzy.
- Tak więc mówisz, że jesteś pewna, że nie mogę poprosić o więcej życzeń? - zapytał z lisim uśmiechem, sięgając po ciastko i głaszcząc po drodze kota za uchem.
- Nie. - skontrowała z niespotykanym dotąd naciskiem i stanowczością, tonem tak nieznoszącym sprzeciwu, że zabrzmiał jak wystrzał z dubeltówki. Kot położył uszy, a Andrea poczuł, jak ciastko zamienia się w jego ustach w ołów. Łącznie ze śniadaniem w jego żołądku.
Dyskretnie odłożył je na bok talerzyka i splótł palce na stole.
- Wiem, że jesteś na mnie wściekła. I oczywiście masz rację, jednakże...
- Życzenie. - przypomniała mu Margareth z wyrachowanym uśmiechem, w którym wyzwaniem było doszukanie się czegokolwiek miłego. Miał ochotę jęknąć na ten przejaw tak bezlitośniej ignorancji, tak nieskończenie okrutnej obojętności w obliczu tego, co chciał jej powiedzieć. Zamiast tego skrzywił się, mając niemal całkowitą pewność, że jest to rodzaj swoistej wendetty, że patrzenie jak się męczy, próbując zebrać słowa, sprawia jej radość.
- Najpierw mnie wysłuchaj.
Margareth udała wahanie.
- Streszczaj się.
Po wyrazie twarzy siwowłosego ciężko było domyślić się, czy dopuszczenie go do głosu ucieszyło go, czy wręcz przeciwnie - potajemnie liczył, że ta chwila nigdy nie nadejdzie. Wyprostował się jeszcze bardziej i zaczął głosem, który sam w sobie przykuwał uwagę:
- Jak sama widzisz, jestem mężczyzną, pani mego serca. Nie spodziewaj się, że będę potrafił rozmawiać o uczuciach. Musisz jednak wiedzieć, że jeśli decyduję się robić to z własnej nieprzymuszonej woli w momencie takim jak ten, oznacza to, że kierują mną ważne powody - uniósł filiżankę do ust i chociaż natychmiast poczuł, że poparzył sobie usta, nawet nie drgnął. Odłożył ją na miejsce z cichym stuknięciem - Mówiąc szczerze, nie mam bladego pojęcia, czego mógłbym sobie teraz życzyć, choć zdaję sobie sprawę, że gdyby lampa znalazła się w moich rękach kilka dni wcześniej, nie miałbym z tym najmniejszego problemu. Wyplątałbym się raz na zawsze ze wszystkich szemranych interesów, ciągnących się za mną jak cienie, poustawiał życie tak, aby móc żyć i umrzeć jako szczęśliwy, spełniony człowiek... - Margareth uniosła brew, jakby chciała pokazać, że w zasadzie niewiele ją to obchodzi. Andrea po chwili całkowitego bezruchu kontynuował pozornie niezrażony - Od czterech dni nie dbam już o żadną z tych rzeczy, ponieważ pojąłem, że wszystko, czego tak naprawdę potrzebowałem, czego całe życie pragnęłam i poszukiwałem już znajdowało się w moich ramionach. Pojmujesz moje słowa, Margo? Co właśnie usiłuję powiedzieć? Zależy mi na tobie. Nie kłamałem, zapewniając cię, że tęsknię, a moje intencje wobec ciebie od początku byłby czyste, choć wiem, że mogłaś pomyśleć inaczej. Jestem świadomy, że to niczego nie zmienia, ale, dobry Boże, zatrzyj moje kości w proch, jeśli którekolwiek z moich słów jest łgarstwem, naprawdę zamierzałem jedynie wnieść cię po tych schodach i nie planowałem niczego, co wydarzyło się później. Wiem również, że powinno mi być teraz żal, ale nie potrafię się do tego zmusić, ponieważ wszystkie moje słowa i pocałunki były szczere. - sięgnął ręką w kierunku jej dłoni spoczywającej płasko na stole, lecz nim zdołał jej dosięgnąć, Margareth przeniosła ją pod stół. Wydał z siebie westchnienie człowieka noszącego na barkach troski całego świata - Wyszedłem, ponieważ... Kiedy obudziłem się i zobaczyłem jak śpisz przytulona do mojego ramienia, pomyślałem, że łatwo byłoby cię kochać. Nie minęło również wiele czasu, nim dotarło do mnie, że pierwszy raz od bardzo dawna nie potraktowałem tego jak pusty s.eks, że zaangażowałem się w to emocjonalnie, że to coś dla mnie znaczyło. I to wzbudziło we mnie lęk. Wcześniejsze bezwzględne przywiązanie się do kogoś skończyło się dla mnie bardzo, bardzo źle i przed bardzo długi czas za wszelką cenę starałem się nie dopuścić, aby podobna sytuacja jeszcze kiedykolwiek miała miejsce. Moim błędem było odgórne założenie, że los ponownie ze mnie zadrwi. Sądziłem, że gdy tylko obudzisz się, jasno dasz mi do zrozumienia, że nie podzielasz mojego nastawienia do sprawy. Zrozum, nie mogłem spodziewać się wiele więcej, skoro ciężko było mi nawet odszukać w pamięci jakąkolwiek trzeźwą scenę, w której nie docierałyby do mnie klarowne sygnały świadczące o twojej awersji. Sam pojąłem, że źle wszystko zinterpretowałem, dopiero kiedy rozpętałaś mi o to awanturę w Contessie, lecz wierzę, że wszystko jeszcze da się naprawić Margo, wystarczy, że dasz mi szansę.
Kot nagle wskoczył na jego kolana i zaczął energicznie tyrpać łapką żabot przy jego szyi. Po chwili zatopił w nim małe kiełki, ciągnąc do siebie.
Ale Cavalcanti nawet na niego nie spojrzał.

<My fair lady? Ha, tego się nie spodziewałaś ♥>

niedziela, 7 stycznia 2018

Od Ashton'a cd. historii Dante

Tego się obawiałem. Budynek, w którym jeszcze była szansa zamieszkać na jakiś czas, rozpadł się, pozostawiając po sobie tylko ścianę. Cała reszta otoczenia była zalana wodą, a my i tak już staliśmy w niej po kolana. Aiva zamieniła się w kolibra, a Twix musiał się męczyć. Dzielna psina. Rozejrzałem się po zalanym mieście, szukając czegokolwiek przydatnego. Nagle poczułem, że wody przybiera. Spojrzałem w dół i okazało się, że poziom wody się podnosił.
- Ash, spójrz - pognałem wzrokiem na palcem chłopaka, który wskazywał na niewielką łódkę, stojącą przed rozwalonymi cegłami. Psiak musiał zacząć płynąć, ponieważ woda zalewała mu już pysk. Jako pierwszy dotarłem do drewnianego pojazdu, wypychając go w kierunku towarzyszy. Dante podniósł swego psa i wsadził go do środka. Łódka podejrzanie zaskrzypiała. Oboje do niej wsiedliśmy do połowy przemoczeni. - Może masz jeszcze jakieś lokum? - zapytał z nadzieją, ale ja pokręciłem głową. Wody dalej przybywało i łódka popłynęła wraz z nurtem. Twix wyjrzał zza burty obserwując, gdzie płyniemy. Aiva wyleciała z mojej kieszeni, rozejrzała się na boki, a następnie poleciała w kierunku miasta. Nie zdążyłem jej złapać, po prostu odleciała.
- Aiva! Gdzie lecisz? - ale ta jakby mnie nie słysząc, zignorowała. Ponownie do niej krzyknąłem, ale jako koliber jest bardzo szybko i po chwili straciłem ją z oczu. Usiadłem zrezygnowany czując, jak Dante mnie obejmuje.
- Wróci. Na pewno - spojrzałem na niego smutnym wzrokiem. I ze stresu zacząłem mu mówić, że nie wiadomo gdzie poleciała, może jej się coś stać, dlaczego to zrobiła, może się czegoś wystraszyła... i tak bez końca. Tak jak kiedyś, otworzyłem usta w celu ciągłej gadaniny, jak dawniej. Nie powiem, przyjemne uczucie tak się rozgadać, ale musimy coś wymyślić.
- Ashton - przerwał mi biorąc twarz w obydwie dłonie. - Niczym się nie martw. Poradzimy sobie, a Aiva na pewno wróci - nie odpowiedziałem, kiwnąłem tylko głową, opierając się o niego po chwili. Objął mnie i tak w ciszy płynęliśmy z prądem. Niespodziewanie znużył mnie sen.
Obudziłem się na łódce, na której płynęliśmy, z tym, że byłem sam. Podniosłem głowę, było ciemno, tylko z wody wydobywało się dziwne światło, oświetlające terytorium. Po chwili z wody zaczęły wyłazić czarne postaci, a raczej cienie, gdyż nie miały twarzy. Stały na wodzie nie ruchomo i przyglądały mi się, jak płynę. W zasięgu mojego wzroku nie było niczego, prócz wody, a tu nagle poczułem, jak łódka o coś uderzyła, wywracając mnie do tyłu. Kiedy znowu się podniosłem, przede mną znajdowała się wyspa. Coś mi kazało na nią wejść i też tak zrobiłem. Wyspa była zrobiona z samego piasku, który ulatywał pod moimi stopami. Czarne postaci zaczynały się zbliżać, aż nie otoczyły wysepki. Poczułem pod dłonią dziwną rzecz, a kiedy się odwróciłem, okazało się, że to kości, a wyspa nie była zrobiona z piasku, tylko z prochu, w których chowały się ostatnie szkieletu. Wystraszony odszedłem krok, potykając się o coś i wywracając do tyłu. W jednej chwili wpadłem do wody.
Z otwartymi oczami przyglądałem się, jak robi się coraz ciemniej, próbując nie wypuścić powietrza, aż nagle ktoś wskoczył do wody. Postać była całkowicie zamazana. Nie ruszałem się, złapała mnie za rękę i popłynęła w kierunku powierzchni. Zamknąłem oczy czując, jak kończy mi się tlen. Nagle oboje znaleźliśmy się na łódce, a ja wykaszlałem wodę z płuc. Zacisnąłem mocno oczy czując w nosie i ustach ten ohydny morski smak podchodzący mi aż do uszu.
- Nic ci nie jest? - usłyszałem znajomy głos. Podniosłem się do siadu i otworzyłem oczy, widząc przed sobą twarz chłopaka. Pokręciłem przecząco głową, kiedy nagle łódka o coś uderzyła. Wpadłem na niego, ponownie kaszląc. Kiedy się podniosłem, zauważyłem, że walnęliśmy o brzeg małej wysepki...

<Dante? Mam nadzieję, że rozumiesz treść>

sobota, 6 stycznia 2018

Od Satoshiego

Livrephill wygląda nocą bardzo ładnie. Zwłaszcza kiedy z nudów włazi się na jeden z okolicznych klifów i z niego ogląda to zalane miasto. Światła budynków przebijały się przez wszechobecną roślinność, wszystko wyglądało bardzo spokojnie. Przysiadłem na skraju klifu i obserwowałem to wszystko z góry. Tak, to była świetna miejscówka i miałem pewność, że mało kto tu wejdzie. Bo kto byłby tyle głupi, by wdrapywać się na klif w środku zimy ryzykując spadnięcie i złamanie sobie kręgosłupa? Raptem 1% ludzi pewno by się na to zdecydował.
Smagnąłem powietrze ogonami i oparłem się rękami o chłodny kamień, na którym siedziałem. Od dzisiejszego wieczora, do końca następnego dnia miałem wolne. Nie wierzyłem własnym uszom, gdy to usłyszałem. Już od przeszło stu lat nie miałem wolnego dnia. Praca towarzyszyła mi cały te czas, nawet jeśli była chwila wolnego, to nie było go wiele i zawsze wiedziałem, co muszę wtedy zrobić. A teraz dostałem cały dzień.... i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić.
Pierwsze, co zrobiłem, to wyszedłem z domu. Chciałem uniknąć dzieciaków, które zawsze wiedziały, gdzie mnie szukać, gdy nic nie robiłem. Gdyby tylko do nich dotarło, że nie mam żadnych obowiązków przez dwadzieścia cztery godziny bez wahania dorwałyby mnie i zaciągnęły do wspólnego spędzania czasu. Nie widziało mi się niestety ganianie z nimi w śniegu, czy zabawa w ich pokojach. Nie, na pewno chciałyby mnie ciągać za ogony i uszy. Mogłem nie mieć, co robić w mieście, ale na pewno było to lepsze niż siedzenie w domu i słuchanie jak dobijają się do twojego pokoju, bo zdecydowałeś się na barykadę. Pewno, jeszcze wtedy by mi się dostało za taką niesubordynację.
Przeciągnąłem się leniwie ignorując smagający moją twarz wiatr.
- Wypadałoby znaleźć sobie jakieś zajęcie - mruknąłem i ponownie objąłem wzrokiem całe Livrephill.
Nie chciałem przesiedzieć bezczynnie całego dnia. Po kilku minutach bezczynności i tępego wpatrywania się przed siebie niczym ciele w malowane wrota wstałem z chłodnej ziemi. Niewiele myśląc zacząłem szybko schodzić na dół. Półka za półką skalną, to mniejsze to większe, pewnie stawiałem na nich stopy uważając też, by ręce również nie straciły przyczepności. Tym oto sposobem prędko znalazłem się na bezpiecznej ziemi, choć klif był wysoki. Ostrożny, powolny człowiek pewno poświeciłby godzinę na zejście, mi to pewno zajęło połowę tego czasu. Nie miałem pewności, zapomniałem zerknąć na zegarek przed podejściem do wspinaczki.
Odwróciłem się od skalnej ściany. O tej porze pewnie niewielu ludzi kręciło się po okolicy. Jednak, gdyby ktoś się znalazł na pewno zwróciłby uwagę na idiotę chodzącego w środku zimy w kimonie i sandałach ewentualnie dodatkowym towarzystwie latających ogników, nie zwracającego uwagi na porywisty wiatr i skrzypiący pod nogami śnieg. Nie żeby mnie samego to by interesowało, ja takowego człowieka powitałbym jak swojego. Poklepał po plecach i zaprosił na piwo czy coś. Ale samego siebie to tak głupio zapraszać. Ukryłem dłonie w rękawach kimona podejmując ostateczną decyzję.
- Zwierzęta pewno są milej witane - prychnąłem pod nosem i zmieniłem się w lisa.
Aż naszła mnie z tego powodu ochota na dyskusję o istotach magicznych oraz temu czy faktycznie są tak niebezpieczne jak niektórzy uważają. No wypraszam sobie, jestem sługą od dawna i jeszcze nikogo nie zabiłem. Znałem też kilka innych osób, które mogły się pochwalić ciekawymi darami bądź przynależnością do innej rasy i także były bardzo w porządku. Niech mnie piorun trafi, jeśli na każdym spotkaniu nie graliśmy w karty i popijaliśmy, co kto tylko chciał. I na pewno nie była to krew dziewic. Fakt, winko było czerwone, ale na pewno nie pochodziło z ludzkich żył. Etykietka ze sklepu to potwierdzała.
Potruchtałem przed siebie zamierzając krążyć po okolicy bez większego celu. Może znajdzie się jakaś niewinna dusza, której będę mógł prawić wielkie kazanie o popełnianych przez nią grzechach? Maska czekała. Jeśli ktoś taki się znajdzie chętnie to zrobię. Jednak na ten moment moje uszy wychwytywały tylko skrzypienie śniegu pod moimi łapami. Byłem na pograniczach miasta, w sumie to nie dziwne, że byłem tu, wśród drzew i krzaków, jedyną żywą osobą. Bo czego ja oczekiwałem? Ostrej imprezy w świetle księżyca czy jakiegoś sabatu czarownic?

<Ktoś chce wpaść na lisa?>
Rezerwacja dla Rosie

środa, 3 stycznia 2018

Szablon wykonała Sasame Ka z Panda Graphics