09.12.2018

Od Richarda cd. historii Aksy

W hotelowym pokoju było ciemno i zimno. Deszcz dzwonił o parapety, wiatr gwizdał przez nieszczelne okna, kołysał lekko końcami mlecznobiałych, długich do podłogi zasłon. Mimo wczesnej pory mrok kłębił się w rogach pokoju, czaił się pod łóżkiem, cieniem opadał na pomieszczenie. Przejmujący chłód skradał się po pokoju jak nieproszony gość.
Riddle szczelniej okrył się kołdrą i burknął pod nosem kilka przekleństw na jakby wysoki standard hotelowych pokoi i wyrzucone w błoto pieniądze. Zaczął wodzić dłonią po szorstkim prześcieradle, szukając kogoś, o kogo mógłby się ogrzać, lecz... jego palce na nikogo takiego nie natrafiły. Westchnął głucho, z twarzą ukrytą w poduszce i naciągnął kołdrę na głowę, licząc, że może to pomoże. Ale nie pomogło.
W końcu, w nagłym przypływie werwy, przeciągnął się jak kot i zrzucił z siebie kołdrę. Przeczesał palcami włosy i przebiegł wzrokiem po pokoju, rozglądając się za swoimi ubraniami. Natrafiwszy na smętnie zwisające z oparcia krzesła spodnie, opieszale, ciągle jakby ciągle w półśnie, wciągnął je na siebie. Nigdzie nie mógł znaleźć koszuli. Czyżby jego nowa znajoma, uciekając, zdecydowała się zwędzić ją jako trofeum?
Powłócząc nogami w stronę drzwi, trącił przypadkiem poniewierającą się na podłodze jasną butelkę Sauvignon Blanc, uniósł ją, przyjrzał się markotnie resztkom na jej dnie, wszedł z nią do kuchni. I zdumiał się.
Na wysokim krześle ustawionym przy stole znajdującym się tuż pod przestronnym oknem, siedziała Aksa. Sprawiała wrażenie śmiertelnie znudzonej. Pochylona, podpierała policzek na dłoni i beznamiętnie patrzyła w ścianę. Wyglądała jak przesycona wrażeniami i uciechami życia księżna na tronie jak ktoś rozczarowany przewidywalnością i niedoskonałością szarej rzeczywistości. Gdy Richard swobodnie oparł się o framugę, czarnowłosa uniosła na niego wzrok. Wyprostowała się, odrzuciła do tyłu włosy, które rozsypały się na plecach. Miała na sobie jedynie skąpą bieliznę i znajomą czarną koszulę. Uśmiechnął się miękko. Pamiętał, ile miała pod nią tatuaży.
- Dzień dobry. - Zęby błysnęły za butelką. Wino nie smakowało już dobrze - zwietrzało, i po chwili Richard skrzywił się lekko, przełykając je.
Na ustach czarnowłosej pojawił się półuśmiech, lecz oczy ciągle miała beznamiętne i znużone.
- Nareszcie - mruknęła, starannie akcentując to słowo, by podkreślić jak długo przyszło jej czekać. - Zawsze tyle śpisz, kotku? - dodała niemal przymilnie.
- Sen to zdrowie - zbył ją frazesem. Powolnym, nonszalanckim krokiem zbliżył się do stołu i rozwalił się na krześle po jego drugiej stronie. Gdy chciał niedbale położyć na blacie butelkę, ta omsknęła się i z hukiem druzgotanego szkła rozbiła się o podłogę. - Ups - skwitował bez większych emocji.
Aksa zaśmiała się perliście, z wdziękiem wstała zza stołu, zabrała coś z blatu i postawiła to przed Richardem.
- Masz, zrobiłam ci kawę. Myślę, że powinna pomóc. - Stanęła nad nim, z rozbawianiem podbierając się dłonią pod bok, i zmierzwiła mu włosy, ale nie jak matka synowi, tylko kochanka starająca się doprowadzić obiekt swojego zainteresowania do porządku.
Richard uniósł kubek.
- Chyba cię kocham, donna. Może wyjdziesz za mnie?
Aksa przytknęła dłoń do podbródka, udając, że głęboko rozważa tę propozycję.
- Poza tym... - ciągnął, ukrywając lisi uśmiech za naczyniem. - Nieczęsto zdarza się, żeby ktoś wyglądał w moich ubraniach lepiej ode mnie. - Pociągnął ją za rąbek koszuli, zmuszając do pochylenia się nad nim. Aksa bez słów zrozumiała jego intencje i usiadła u na kolanach, zakładając mu ramiona na szyję. Richard na oślep odłożył resztkę kawy na stół i położył dłonie na jej biodrach.
- Nieczęsto zdarza się, bym zabierała komuś ubrania tylko po to, by móc w dalszym ciągu oglądać go bez nich. - Przejechała palcem po krzywiźnie róży wiatrów kunsztownie odwzorowanej na jego piersi. Rozpaczliwe wolno zaznaczyła palcami krawędzie, poprawiła równe, atramentowoczarne linie. - Amor fati - przeczytała niewielki prosty napis wpisany w jedną ze strzałek. - Skąd masz to cacko?
- Och... - Richard uśmiechnął się jak ktoś pytany o jakiś stary, wstydliwy wybryk, zupełnie niewarty świeczki. Przełożył jej rękę z klatki piersiowej na policzek. - To długa historia. Do tego nieciekawa.
Aksa przysunęła się, zmniejszyła odległość zupełnie niezniechęcona.
- To może chociaż dowiem się, co ona oznacza? Tyle chyba możesz zdradzić, Romeo? - Zabawnie przychyliła głowę i zaczepnie uniosła kącik ust. Richard wyprostował się nagle, pociągnął ją za kołnierzyk koszuli, cmoknął w usta.
- Być może.
- A więc?
- Róża wiatrów, według tradycyjnej symboliki tego motywu, oznacza bezpieczny powrót do domu, jednakże... - zrobił efektowną pauzę, zmienił tembr głosu na bardziej przykuwający uwagę - uważam, że w istocie każdy tatuaż ma takie znaczenie, jakie zostanie mu nadane. Strzałki wskazują naraz osiem kierunków, lecz tak naprawdę można obrać kurs na tylko jeden, samodzielnie wybrany. Słyszałem wiele razy, że każdy jest kowalem swojego losu. Ja tak nie uważam. Według mnie każdy człowiek może i jest odpowiedzialny za wybór swojej ścieżki, lecz jednocześnie nie ma wpływu na to, co na niej zastanie i jak potoczy się jego historia. Wierzę również, że mimo to powinien zaakceptować swoją dolę. Amor fati, to miłość do życia bez względu na to, co przyniesie juto, bez znaczenia, jak bardzo będzie nieprzychylne i okrutne.
Aksa oddała pocałunek, pogładziła go po policzku dłonią, tą samą, którą on sam wcześniej tam umieścił.
- Podoba mi się - wymruczała.
- A twoja?
- Co, moja?
- Twoja róża wiatrów, belle. Widziałem ją wczoraj na twoim lewym barku. - Odkrył jej lewe ramię, powoli zsunął rękaw koszuli do ramienia i wyszczerzył się frywolnie. - Niezła. Ale moja ładniejsza, Bogiem a prawdą.
Aksa parsknęła, uśmiechnęła się z politowaniem.
- Chyba żartujesz.
- Ależ skąd. To w końcu jak będzie?
Westchnęła, niecierpliwie zabębniła palcami w ramę krzesła.
- Jak sam mówiłeś, istnieje wiele dróg, którymi można podążyć, każdemu dane zostało kilka opcji. Ja mam świadomość wybrania tej złej, pewnie najgorszej.
- A więc zmień ją - szepnął jej do ucha, lekko, lecz jednocześnie pouczająco, z przekonaniem.
Aksa odsunęła się, pomiędzy jej brwiami pojawiła się bruzda, w jej oczach jasnym płomieniem zapaliło się rozdrażnienie.
- Sprawy zaszły za daleko, nie mogę mogę się wycofać. To nie takie proste - ucięła, zakryła ramię i zeszła z jego kolan.
- Czyżbym niechcący trafił prosto w samo sedno? - wymruczał jakby do siebie, z bezczelnym lekceważeniem uniosłem kubek do ust, płynnym ruchem położył nogę na nogę.
Czarnowłosa puściła jego uwagę mimo uszu, spojrzała na okno. Po szybie ścigały się drobne krople wody. Pomilczeli jakiś czas, jakby każde z nich na chwilę zostało same, nie obdarzając się wzajemnie uwagą. Richard pił. Aksa stała z rękami skrzyżowanymi na piersi i rozważała coś intensywnie.
- Przepraszam cię na chwilę. Pójdę się wykąpać.
Zwrócił na nią spojrzenie, intensywne, rozbawione.
- Tak beze mnie?
Przekrzywiła głowę, po czym rozchyliła usta w parodii zaskoczenia.
- Naprawdę uważasz, że dasz radę dowlec się do łazienki? - Uśmiechnęła się kpiąco.
- A nawet więcej. - Odpowiedział jej w ten sam sposób.
- Zobaczy... Ach! - Poderwał ją w górę, nagle, niespodziewanie, korzystając z tego, że przypatrywała się pogodzie za oknem i straciła czujność. Ramieniem oplótł ją w pasie, przedramieniem drugiej ręki podtrzymał jej nogi pod kolanami. Aksa odruchowo kurczowo chwyciła go za szyję, przywarła do niego, gdy umyślnie przechylił ją, ustawił tak, że kolana podtrzymywał jej wyżej, niż głowę.
- Kto by się spodziewał, że tak łatwo cię zaskoczyć... - Nachylił się do ku jej twarzy, niemal musnął jej policzek.
Aksa zaśmiała się pod nosem.
- Kto by się spodziewał, że moja kawa tak szybko postawi cię na nogi?...
Odpowiedział jej niedbałym wzruszeniem ramienia. Lekko kołysząc nią z każdym krokiem, zaniósł ją do łazienki. Miał szczęście - drzwi były uchylone, więc wystarczyło, żeby zaczepił o nie nogą, by otworzyły się na oścież.
- Może pod prysznicem opowiesz mi nieco o kolejnym ze swoich tatuaży? Może być ten. - Subtelnie przejechał dłonią po feniksie z rozpiętymi do lotu skrzydłami, umieszczonym na jej przedramieniu. - Albo ten. - Zsuną rękę na pentagram umieszczony niżej.
Ciekawe, gdzie pracuje, z tak upstrzonymi dłońmi?, zapytał w duchu samego siebie, lecz szybko postanowił nie zagłębiać się w tę kwestię. W gruncie rzeczy nie miało żadnego znaczenia.
- Feniks to symbol nieśmiertelności - odpowiedziała, popychając go w stronę kabiny. - Ale też symbol wewnętrznego ognia, wielkiej siły. Kiedyś zostałam zaatakowana, nie powinnam była wyjść z tego cało... A mimo to, jestem tu.
Słowa te wypowiadała machinalnie, z prostotą, z jaką rozmawia się z dobrym przyjacielem, kimś, kto wie i rozumie.
Richard wiedział i rozumiał. Uśmiechnął się łagodnie w odpowiedzi, zasunął za nimi szklane, lśniące czystością drzwi kabiny i złapał ją za podbródek, pogładził palem po ustach.
- Bycie żywym to wielkie święto, pas vrai, madame? Ostatecznie, każdego z nas w końcu coś wykańcza. Nikt - zniżył głos, zbliżył się, jakby zdradzał jej magiczny sekret rządzący światem ludzi i zwierząt. - Nikt nie wyjdzie stąd żywy. Życie, które mamy, nie będzie nasze nigdy więcej. Historia, która została zapisana, w końcu przestaje być czyjąkolwiek własnością.
Zbliżył usta do jej ust, lekko otarł się o nie, nim na dobre spoczęły jedne na drugich. Aksa położyła mu dłoń na kości jamowej, skierowała jego twarz niżej, by nie musieć stawać na palcach. Jakże ta pana dbała o własny interes i wygodę. Może nawet dobrze się składało. Całkiem podobało mu się, że Aksa nie będzie płakać, jeżeli nie zadzwoni do niej następnego dnia, że zapewne znajdzie sobie kogoś innego na kolejną schadzkę, że wiedziała... na czym to wszystko polega. Zdawał sobie sprawę, że nie tylko on wykorzystywał ją - ona również posługiwała się nim w ten sam bezkompromisowy, odrobinę okrutny sposób. Ich relacja opierała się na obopólnych korzyściach, a gdy skończą się korzyści, skończy się relacja.
Przez chwilę skupił się na ruchu ust, lecz po chwili koszula zsunęła się z ramion Aksy, a jego ręce zaczęły przesuwać się po jej skórze, nazbyt śmiało. Nie pozostała dłużna. Prowokacyjnie przygryzła mu wargę i rozpięła spodnie, jedyną rzecz, jaką jeszcze na sobie miał. Nazbyt śmiało.
Ciekawe czy istnieje jakaś różnica, gdy robi się to będąc zakochanym?
Riddle nigdy nie był zakochany. Może w butelce wina. Może w ogłuszającym ryku uwielbienia. Może w szalonym wiwacie tłumu na jego cześć. Może we własnym odbiciu. Ale nigdy w drugim człowieku.
Może po prostu nigdy nie był zdolny do tak wzniosłych uczuć? Ktoś, kto nie zaznał wielu ciepłych spojrzeń i serdecznych słów nie ma powodu, by ich potrzebować, by choćby za nimi tęsknić. A może zwyczajnie nie spotkał jeszcze nikogo, kto zdołałby zainteresować go na tyle, by mógł chcieć czegoś więcej? W końcu mogła gdzieś uchować się taka osoba, a on po prostu miał pecha i zwyczajnie jeszcze jej nie spotkał. Może pewnego dnia...
Nie. To pobożne życzenie, śmieszny miraż. Nikt taki nigdy nie był pożądany. Nikt taki nigdy nie był niezbędny. Ktoś taki nie byłby mile widziany w jego życiu. Ktoś taki... tylko narobiłby bałaganu.
Richard Riddle, śliczny aktorzyna, książę, lalka z porcelany, ktoś zbyt idealny, aby być prawdziwy, zbyt nieskazitelny, żeby mieć ludzkie cechy. Ktoś taki nie mógł być rzeczywisty, jego serce nie mogło być inne niż z kamienia. I zapewne... takie było.
Nie zdarzył się jeszcze płomień zdolny stopić ten lód, nie miał jeszcze miejsca szturm tak potężny, by zrujnować jego fasady.
Przyciągnął Aksę do siebie, bliżej, bliże, bliżej. Pozbawił ją bielizny, szybko, nagle, gwałtownie. Zapięcie stanika wydało głośny dźwięk protestu, lecz puściło mimo to. Kto wie, czy go nie zerwał.
Zawsze taki był - wypalał się w przelotnych namiętnościach, wyjaławiał swoje wnętrze ciągłym skakaniem od trawiącej zmysły gorączki do chłodnej obojętności. Szukał wrażeń w przypadkowych ramionach. Jak mu się wydawało - taka była jego dola, tak miało już pozostać.

<Diable?>

07.12.2018

Mikołajki

Wszyscy sobie zadawali to samo pytanie: Gdzie Mikołaj? Dlaczego nie pojawił się na Mikołajkach? Dzisiaj się wszystkiego dowiedziałam. Gdy wracałam do domu, zobaczyłam w zaspie jakieś buty. Gdy do nich podeszłam, one się poruszyły, z góry śniegu usłyszałam jakiś stłumiony głos. Zaczęłam wyciągać buty, które należały do jakiegoś mężczyzny. Był bardzo ciężki, więc zaczęłam go odkopywać. Szybko rzucił mi się w oczy czerwony kolor, znajdujący się na spodniach oraz biały puszek. Zagęściłam ruchy i po chwili z zaspy wyłonił się ogromny brzuch i biała broda, chodź z początku myślałam że to śnieg. Gdy mężczyzna mógł ustać na własnych nogach, byłam pewna, że przede mną stał Święty Mikołaj!
- Ho Ho Ho! Dziękuje dziewczynko. Rudolfowi zgasnął nagle nos i uderzyliśmy w ziemię. 
- To dlatego wczoraj nic nie znalazłam w bucie...
- Dzisiaj to nadrobię!

*

Taka to była historia ^^ W rzeczywistości nie było mnie wczoraj w domu, więc dzisiaj po świętujemy Mikołajki w Iterum c;
Mam nadzieję, że każdy z was dostał coś słodkiego wczoraj i bardzo mu smakowało, bo w dzisiejszych butach waszych postaci znajdziecie dużo weny, czasu, pomysłów oraz 100 punktów!

A dla tych, którzy lubią wyzwania no i święta, przygotowałam małe zadanko (które też sama wypełniłam xd), które można wypełniać do końca grudnia:

Mikołajki się nie odbyły, nikt nie znalazł nic w swoim bucie. Czyżby Brodaty zapomniał o Mikołajkach? A może coś się stało?
Opisz, co wydarzyło się w ten dzień i dlaczego nikt nie dostał słodyczy. Historyjka nie musi być długa, wystarczy nawet 100 słów. To dla zabawy, żaden konkurs c;

Nagrody będą przyznawane także za jakieś wierszyki lub obrazki związane ze świętami i Iterum ^^

05.12.2018

Od Ariana cd. historii Lisy +18

- Dobrze, zaraz przyniosę ci plany budynku. – Lisa wstała i płynnym krokiem ruszyła w stronę schodów, przed którymi jeszcze na moment przystanęła, spoglądając w moim kierunku. – I jeszcze jedno… Proszę, nie umieraj.
Po tych słowach wspięła się po stopniach, znikając mi z oczu. Byłem szczerze zaskoczony jej słowami, nie miałem zamiaru ginąć, ani nawet zostać rannym. Przez chwilę poczułem wręcz ukłucie, wiedziałem, że to, co od niej usłyszałem, było podyktowane zwyczajną troską, jednak poczułem się nieco niedoceniony. Jestem oficerem, przeżyłem i poprowadziłem niezliczoną ilość misji. Brałem udział w naprawdę zróżnicowanych akcjach, wielokrotnie z chłopakami stawialiśmy czoła terrorystom, gangsterom i wielu innym grupom przestępczym. Raz nawet walczyliśmy na mini wojnie, którą na szczęście władzom udało się zatuszować. Duża grupa nieludzi postanowiła wszcząć afery, zawalczyć o „swoje”. Armia została wezwana, aby stłumić zamieszki, niestety wywiązała się z tego prawdziwa afera, doszło do walki. Nie byłem z tego dumny, nie powinienem był do tego dopuścić. Walczyłem przeciwko nieludziom, a sam człowiekiem nie byłem, na dodatek pozwoliłem wtedy odejść wielu istnieniom…
- Proszę – z zamyślenia wyrwał mnie głos dziewczyny kładącej przede mną na stole plan budynku. – Oto nasz cel.
Spojrzałem krytycznie na rysunek, analizując znajdujące się na nim informacje, w całkowitym skupieniu starałem się zapamiętać jak najwięcej szczegółów. Po dobrych kilku minutach byłem już niemal pewien, że znam go na pamięć. Teraz nastał czas, aby zestawić zdobytą wiedzę ze słowami białowłosej. Nie byłem przekonany do jej planu, jako wojskowy strateg, postanowiłem przedstawić jej swoje wątpliwości:
- Więc – zacząłem przeciągle.- Mam udawać jakiegoś wynajętego przez nich oprycha i prowadząc cię jako więźnia spróbować przemycić nas do środka? – przytaknęła.- Szczerze wątpię, żeby się na to zabrali..
- Właśnie dlatego musisz mnie uderzyć – powiedziała, błądząc gdzieś smutnymi oczyma.
Na jej słowa skrzywiłem lekko usta, cholernie nie podobała mi się ta opcja.
- Ehh – westchnąłem ciężko, odchylając się na kanapie. – Można spróbować, skoro nie mamy innej możliwości. Poza tym, skąd masz pewność, że te dokumenty tam będą?
- Musisz mi zaufać, one tam są – stwierdziła, podnosząc na nie swoje niebieskie oczy.
- A helikopter? – nie odpuszczałem.
- Zawsze tam stoi – odparła bez namysłu, łapiąc kubek w dłonie.
- Ale zawsze, zawsze? Czy tylko jak akurat tam patrzysz?
Nie odpowiedziała, powoli spuszczając wzrok. Wiedziałem, że moje słowa mogą ją nieco dotknąć, miałem też wrażenie, że właśnie to się stało, jednak musiałem sieć pewność, czego mam się spodziewać, a czego nie muszę. Szczerze, zacząłem obawiać się najgorszego, ale nie miałem zamiaru się teraz wycofać i zostawić jej samej.
Nastała głęboka cisza, przerywana jedynie dobiegającymi zza okna dźwiękami miasta.
- To na, kiedy planujesz tą akcję?- spytałem, przeczesując palcami włosy.
- Dziś wieczór – jej głos brzmiał z typową dla siebie stanowczością.
Nie spodziewałem się, że planuje zdobyć te dokumenty już dzisiaj, mieliśmy bardzo mało czasu, było to zaledwie kilkanaście godzin i obydwoje byliśmy tego świadomi. Jednak skoro czas nie był naszym sprzymierzeńcem, nie mieliśmy zamiaru marnować go na czcze rozmowy niby związane ze sprawą. Najbliższy czas spędziliśmy na dopracowaniu akcji i wysnuciu najbardziej prawdopodobnego scenariusza, biorąc pod uwagę wiele zmiennych.
Po południu skończyliśmy ostatnie szlify, misja była zaplanowana naprawdę drobiazgowo, zaczynałem nawet wierzyć, że może przebiec bez większych komplikacji, a my wyjść z tego cało.

*

Musiałem na trochę zostawić Lisę, by wrócić do domu i sam przygotować się do akcji. Byłem lekko podenerwowany, jednak z drugiej strony, cieszyłem się, że mój urlop nie będzie nudny. Po kilku minutach drałowania przez miasto dotarłem do swojego domu. Błyskawicznie otworzyłem drzwi i dwoma susami przemierzając korytarz, od razu skierowałem się ku piwnicy, gdzie zaszyłem moją skrytkę. Byłem pewien, że jej zawartość kiedyś mi się przyda i ten dzień właśnie nastąpił. Zwinąłem kawałek maty rozciągającej się po podłodze, odsłaniając świetnie zakamuflowaną klapę. Po jej otwarciu znalazłem skrzynkę, w której chowałem trochę sprzętu wojskowego. Rozłożyłem na podłodze całą jej zawartość. Zrzuciłem z siebie bluzę, a na jej miejsce założyłem wersje light kamizelki kuloodpornej, którą powinienem ukryć, jednak już nie pod białą bluzą. Następnie w szlufki bojówek wmontowałem pas taktyczny, za który włożyłem dwa pistolety Glock 17 i dwie podwójne ładownice, do których włożyłem pełne magazynki. Całą resztę sprzętu, którego status określiłem jako niepotrzebny, schowałem z powrotem do skrzynki, pozostawiając wszystko w takim stanie, w jakim to zastałem. Następnie wróciłem do sypialni i wyjąłem z szafki, czarny t-shirt luźno wiszący i naprawdę dobrze zakrywający kamizelkę. Zwykli ludzi nie byliby w stanie dostrzec jej obecności. Ostatnim elementem mojego uzbrojenia był oczywiście nóż, wybór padł na Eickhorn Solingen - Wolverine-GEK, jeden z moich ulubionych, porządny i bardzo ostry. Zabezpieczyłem ostrze pochewką i włożyłem w cholewę buta. Ruszyłem w stronę wyjścia, jednak w progu coś kazało mi się zatrzymać. Instynktownie poczułem, że o czymś zapomniałem, o czymś bardzo ważnym. Przez chwilę stałem, zastanawiając się, cóż to może być. Nagle jak grom z jasnego nieba, doznałem olśnienia, wróciłem się do apteczki, z której wyjąłem bandaż i kilka szczelnie zapakowanych gaz, z szafki znajdującej się właśnie na korytarzu wybrałem paczkę mocnych tabletek przeciwbólowych, wpakowałem to wszystko do bocznej kieszeni spodni, mając nadzieję, że się nie przydadzą. Miałem teraz wrócić do białowłosej, tak jak się umówiliśmy, jednak mijając ostatni zakręt, natrafiłem na przeszkodę, którą okazała się właśnie Lisa:
- Uważaj, jak leziesz! – warknąłem, jeszcze nieświadomy na kogo wpadłem. – Ach to ty, przepraszam.
Miała na sobie dość dziwny strój, z pewnością rzucał się w oczy. Tułów okrywała luźna biała tunika na szerokich ramiączkach, na logach zaś kontrastujące przylegające, czarne legginsy. Biodra i uda osłaniały boczne taszki, żywcem ściągnięte z samuraja. Na ręce miała naciągnięte czarne mitenki sięgające do ramion, na których z kolei spoczywały pozłacane naramienniki. Twarz ukrywała pod głębokim kapturem, rzucającym nieprzenikniony dla oka cień. Uzbrojona zaś była w dwie katany i o ile dobrze zauważyłem, jeden egzemplarz pistoletu RADOM P-64. Nie mogłem patrzeć na jej odsłoniętą klatkę piersiową, sprawnie zdjąłem z siebie kamizelkę:
- Załóż to – wyciągnąłem w jej stronę przedmiot.
- Nie potrzebuję tego – odmówiła, wspierając dłoń na rękojeści miecza.
- Proszę, nie chcę, żeby coś ci się stało – nalegałem i nie miałem zamiaru przestać.
- Arian, potrafię zatrzymać pociski, a ty nie, zostaw ją sobie.
Nie czekając na odpowiedź, ruszyła przed siebie. Nie zdążyła jednak przejść metra, gdy związałem jej nadgarstek uściskiem moich palców. Zamarła w bezruchu, odwracając głowę na dźwięk mojego głosu:
- Nie puszczę cię tam, jeśli jej nie ubierzesz – spojrzałem w szeroko otwarte ze zdziwienia oczy. – Będę spokojniejszy – dodałem po chwili, jednak już o wiele ciszej.
- Z nas dwojga, to ty jesteś człowiekiem – odparła zmienionym tonem – Tobie bardziej się przyda.
Gwałtownym ruchem wyrwała się z mojego chwytu i wznowiła podążanie na obraną trasę. Nie byłem pewien jak mam na to zareagować, czy uparcie trwać przy swoim i narażać się na jej gniew, czy ustąpić. Ostatecznie znalazłem złoty środek tego dylematu. Złoty, jednak cholernie nierozważny, a wręcz głupi. Rzuciłem kamizelkę na ziemię i ruszyłem w ślad za dziewczyną.
Droga była wyjątkowo długa, a mijała opornie i w milczeniu, wprowadzając napiętą atmosferę. Nie musząc skupiać uwagi na rozmowie, tym bardziej dokładnie przyglądałem się utoczeniu, Nigdy nie byłem w tej części miasta, nie różniło się zupełnie niczym prócz otaczającej ją aurą. W powietrzu można było wyczuć coś niepokojącego, mówiącego „zawróć”, ale my szliśmy dalej. Przechodząc obok jednego z biur, otrzymałem gest ręki, nakazujący zatrzymanie.
- Spójrz dyskretnie – podjęła, wskazując ruchem głowy kierunek, w którym miałem patrzeć.
Wykorzystując wojskowe szkolenie, wychyliłem się dyskretnie zza rogu budynku. Moim oczom ukazał się wielki biurowiec, z daleka wyglądał jak siedziba potężnej firmy, którego wejścia pilnowało dwóch osiłków. Wyglądali jak bliźniacy, na oko mieli co najmniej 195 cm wzrostu, ogoleni na rekrutów pakerzy z siłowni.
- Pamiętasz plan? – spytała, poprawiając naramiennik.
- Pamiętam – kiwnąłem głową.
- No to zaczynamy. Uderz mnie – nakazała beznamiętnym głosem.
Wpatrywałem się w jej zdeterminowane oczy, czując, jak ponownie narasta we mnie niechęć do tego planu. Długo wahałem się, ale miałem na względzie, że to jedyna możliwość, jeśli chcemy, żeby Rekruci uwierzyli w podstęp.
Zacisnąłem pięść, po czym wymierzyłem jej cios w twarz. Dziewczyna jęknęła głucho, zataczając się niesiona siłą uderzenia. Karciłem się w duchu, obserwując jak na miejscu zetknięcia się z sobą mojej pięści i jej kości jarzmowej, delikatny obrzęk i silne zaczerwienienie. Złapałem jej brodę w dwa palce i uniosłem delikatnie ku górze, skrzywiłem się, widząc, co narobiłem, przesadziłem. Nie puszczając jej, wyjąłem z cholewy nóż.
- Poczekaj – przyłożyłem ostrze do kącika jej ust i naciąłem delikatnie.
Lisa przymknęła oczy, w chwili, gdy nóż wytaczał krew z jej wargi.
- Grajmy – szepnąłem, chowając narzędzie powrotem w pochewkę ukrytą w bucie.
Miejmy nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Założyłem Lisie ręce za plecy i zamknąłem w żelazny uścisku, prowadząc w stronę ochroniarzy, którzy na nasz widok od razu wyszli nam naprzeciw.
- Puszczaj! Zostaw mnie, gnoju! – zgodnie z planem, białowłosa rzucała się i wierzgała.
- Stul dziób! – warknąłem.
- Pierdol się!
Wymierzyłem jej kolejne uderzenie, tym razem w splot słoneczny, co poskutkowało chwilową ciszą, w której trakcie, próbowała ponownie złapać oddech.
- Coś ty za jeden? – spytał ten ciut wyższy z mężczyzn.
- Nie widać? Mam prezent dla waszego szefa – mówiąc to, wskazałem na Lisę, musiałem mieć pewność, że te głąby zrozumieją, o co mi chodzi.
- No widać.
- Oddaj nam ją – dodał ten drugi.
- Nie ma mowy, to ja ją złapałem i ja dostarczę ją szefowi, wywiązałem się z mojej części umowy, teraz jego kolej, chcę dostać kasę.
- No dobra – stwierdził powoli niższy Rekrut. – Chodź za mną, a ty zostań na stanowisku.
Spodziewałem się większej podejrzliwości i oporów do przystania na żądania. Ci dwaj musieli być wyjątkowo głupi lub odcięci od jakichkolwiek informacji. Ruszyłem za ochroniarzem, nie widząc nic prócz jego szerokich, wpakowanych w czarny garnitur pleców. Wkroczyliśmy w labirynty nowoczesnych korytarzy, obserwowanych przez monstrualną ilość kamer. O dziwo na korytarzach nie było prawie nikogo. Weszliśmy do windy, dalszy ciąg planu popsuł fakt, że i w niej znajdowało się „oko”. W tym miejscu mieliśmy obezwładnić naszego przewodnika i na własną rękę poszukać pokoju szefa budynku i zdobyć informacje pobytu bossa, a całą akcję zwieńczyć piękną ucieczką ich helikopterem. Wjechaliśmy na piąte piętro, gdzie według planów budynku miał znajdować się pokój, a w nim dokumenty. Wraz z osiłkiem weszliśmy do pomieszczenia urządzonego jak prawdziwe biuro prezesa. Na wielkim skórzanym fotelu zasiadał siwy mężczyzna w średnim wieku. Widząc Lisę na jego pomarszczonej twarzy, pojawił się iście diabelski uśmiech.
- Proszę, proszę, proszę, kogo my tu mamy? – zaczął, podnosząc się z miejsca. – Toż to Nocny Anioł.
Dziewczyna nie zareagowała, choć czułem, jak walczy sama z sobą, by się na niego nie rzucić, a przynajmniej jeszcze nie teraz. Szamotała się tylko, wbijając w niego nienawistne spojrzenie.
- A ty kim jesteś, młodzieńcze? Jestem pod wrażeniem, dokonałeś czegoś, z czym wszyscy moi ludzie mieli problem, powiedź, jak ci się t…
-Teraz! – zawołałem do Lisy, puszczając jej nadgarstki.
Nie musieliśmy długo czekać, gdyż w trakcie monologu szefa nadarzył się idealny moment, by zaatakować. Siwowłosy był nieczujny, ale rekrut zwrócił głowę w innym kierunku.
Zaatakowaliśmy niemal jednocześnie, ogłuszyłem osiłka, sprzedając mu cios łokciem w twarz, zatoczył się i bezwładnie osunął na ziemię. Wiedziałem, że ten stan nie potrwa długo, szybko wyjąłem nóż i poderżnąłem mężczyźnie gardło. Gdy się odwróciłem, białowłosa była już w trakcie przeszukiwania szafy stojącej na całej długości ściany.
- Na razie idzie całkiem gładko – skomentowałem, czując, jak największa w tej chwili odczuwana przeze mnie fala adrenaliny stopniowo opada.
- No – ucięła.
Po chwili usłyszałem stukot butów, ktoś biegł w naszą stronę, w tym momencie zauważyłem, małą kamerę w rogu pokoju.
Cholera! – pomyślałem.
- Lisa, kamera! Streszczaj się! – krzyknąłem, wyciągając zza pasa pistolet i szykując się na powitanie gości.
- Mam! – zawołała.
- Wynośmy się stąd!
Wyważyłem drzwi nogą, przewracając nimi troje gangsterów. Ruszyliśmy biegiem przez korytarz, licząc, że nie zarobimy kuli w plecy.
- Do windy!
Czułem, jak czas przyśpiesza, nie było czasu na myślenie, tylko spontaniczne decyzje decydowały o naszym życiu i śmierci, w tamtej chwili plan już nie istniał, adrenalina skutecznie wymazała go z naszych głów. Wparowaliśmy do windy, uciekając przed śmiercią, nerwowo wciskaliśmy guziki, ja „zamknij drzwi”, Lisa „ostatnie piętro”. Na pożegnanie sprzedałem im kilka kul, nawet nie wiem, czy któraś trafiła w cel. Po kilku sekundach winda zatrzymała się, a drzwi otworzyły. Wypadliśmy na korytarz, gdzie nie ujrzeliśmy jeszcze nikogo, choć słychać było uderzenia butów na płytkach schodów. Rozejrzeliśmy się nerwowo dookoła, szukając dalszej drogi ucieczki. Nagle poczułem przebłysk, do mojej pamięci wrócił rozkład budynku.
- Tędy! – wskazałem palcem na drzwi po lewej.
Wiedziałem, że tamtędy nadciąga cała armia rekrutów. Mimo to tylko tak mogliśmy dostać się na dach. Wpadliśmy na schody i popędziliśmy nimi na samą górę, kolejne drzwi.. zamknięte, wywaliłem je z zawiasów. Stanęliśmy na szczycie biurowca, pustym szczycie.
- Gdzie helikopter!? – zawołaliśmy chórem.
Wiedziałem, że tak będzie, czułem, że coś jest nie tak, z ulicy powinien być widoczny, a mimo najszczerszych chęci, nie byłem w stanie go dostrzec. Usłyszeliśmy za sobą krzyki mężczyzn, wpadających za nami na dach. W naszym kierunku posypał się deszcz pocisków, na szczęście dziewczyna zatrzymała je swoją mocą. Chwyciłem Lisę za rękę i pchnąłem za komin, sam skoczyłem tuż za nią. Na ich ogień odpowiadaliśmy własnym. Zaledwie po kilku strzałach pistolet białowłosej odmówił współpracy, zaciął się, obawiałem się tego. Podczas konserwacji i ponownym składaniu broni, musiała założyć sprężynę na odwrót, był to łatwy do przeoczenia błąd, ale skutkujący właśnie takim problemem. Dziewczyna próbowała naprawić pistolet, nie było na to czasu, trzeba by go z powrotem rozebrać. Wyrwałem jej broń i cisnąłem ją na ziemię, równocześnie podając jedną z moich. Nie minęły nawet 3 minuty, gdy skończyła nam się amunicja, a niekończące się salwy pocisków zaczęły spychać ku krawędzi. Słońce jeszcze chwiało się lekko nad horyzontem. Spojrzałem w dół, następnie na gangsterów i Lisę. Nie wiedziałem co robić, z obu stron czekała nas śmierć, w chwili, gdy po raz drugi moje i oczy białowłosej spotkały się, poczułem, jak jej dłoń zanurza się w mojej. Coś mną szarpnęło, nawet nie zauważyłem, gdy oboje lecieliśmy w dół. Adrenalina wypełniła moje ciało, czułem, jakby zaraz miała rozsadzić mi żyły. Czułem, że to koniec, przyciągnąłem dziewczynę do siebie, czekając na nieuniknione… I znów szarpnięcie, na pięć metrów przed naszym zetknięciem się z ziemią, na plecach dziewczyny pojawiły się skrzydła, w ostatnim momencie machnęła nimi, co z pewnością uratowało nam życie. Jedno machnięcie skrzydeł jednak nie wystarczyłoby wyhamować lot, jednak znacznie złagodziło upadek. Potłukliśmy się, ale przeżyliśmy. Leżeliśmy przez chwilę na chodniku, potrzebowaliśmy chwili, by dojść do siebie, przez cały ten czas nie wypuszczałem jej z objęć. Byłem pewien, że już po nas. Lisa z kolei kurczowo trzymała w dłoni teczkę z dokumentami.
Godzinę później obydwoje dotarliśmy do jej domu, gangsterzy musieli być przekonani, że rozpaćkaliśmy się na chodniku. W salonie dziewczyna raz jeszcze przejrzała zawartość teczki upewniając się, że nasza radość nie jest przedwczesna. Po chwili zniknęła z dokumentami, najpewniej szła je gdzieś ukryć. Gdy wróciła, trzymała w rękach małą apteczkę. Spojrzałem na nią zdziwionym wzrokiem, trochę się poturbowaliśmy podczas upadku, ale nie wyglądała na osobę, która bandażuje zwykłe obtarcia.
- Jesteś ranny – wytłumaczyła, kładąc apteczkę na stole.
- Nic mi nie jest – zanegowałem jej diagnozę machnięciem ręką.
Wtedy też podeszłą do mnie i podwinęła t-shirt, faktycznie krwawiłem. Któraś z kul drasnęła mnie w bok, ilość adrenaliny, na której wpływ byłem wystawiony, przez stosunkowo długi czas, skutecznie odciął mnie od bólu. Lisa wyciągnęła z czerwonej skrzyneczki duży plaster i zakleiła nim ranę, następnie zajęła się rozciętym łukiem brwiowym.
- Cieszę się, że przynajmniej ty wyszłaś z tego bez większych uszkodzeń – zacząłem, przerywając ciszę.
- Najważniejsze, że udało nam się zdobyć te dokumenty – uśmiechnęła się delikatnie. – Może to uczcimy?
- Znowu pijąc? – zażartowałem, a w odpowiedzi otrzymałem tylko rozbawienie na jej twarzy i dwuznaczne wzruszenie ramion.
- Najpierw doprowadźmy się do jakiegoś porządku.
Zrzuciliśmy z siebie niepotrzebny sprzęt, po czym każde z nas wzięło szybki prysznic. Byłem zmuszony z powrotem włożyć na siebie rozerwaną koszulkę i miejscami poprzecierane bojówki. Podczas gdy białowłosa, ubrała się w białe szorty i czarną koszulkę.
Czekałem siedząc na kanapie, podczas gdy ona poszła wybrać jakiś alkohol. Wróciła z butelką wódki, co raczej mnie nie dziwiło, mimo że byłem pewien jej umiejętności barmańskich, to chyba każdy przyzna, że do świętowania zwycięstwa najlepsza jest czysta. Z każdym kieliszkiem, nasze omawianie przeżyć dzisiejszego wieczoru stawało się coraz bardziej bezczelne i żartobliwe. Siedzieliśmy obok siebie, na wyciągnięcie ręki. W pewnym momencie, choć nie byłem jeszcze pijany, poczułem nieodpartą chęć na zwierzenia. Musiałem w końcu komuś powiedzieć, a w tamtej chwili wiedziałem, że jej mogę.
- Lis, muszę ci coś powiedzieć... – poczekałem, aż jej uwaga dostatecznie się skupi. – Tylko, nie znienawidź mnie.. Ja jestem demonem.
Na chwilę błękitnooka zatopiła się w myślach.
- To przecież nic złego, ja też nie jestem człowiekiem, a mimo to mnie zaakceptowałeś. To, że jesteś demonem, nie zmieni faktu, że cię kocham – zszokowany wstrzeliłem w nią wzrok. Jednak, gdy dziewczyna zorientowała się, co właśnie powiedziała, szybko zakryła dłonią usta.
Powoli złapałem jej dłoń, odsłaniając pełne usta. Drugą dłoń delikatnie położyłem jej na policzku, kciukiem subtelnie rozchylając jej dolną wagę.
- Ja też cię kocham – wyszeptałem, zmniejszając dystans między nami.

01.12.2018

Od Blanche cd. historii Lisy

Stuk. Drzwi zostały zamknięte. Gdy tylko kroki na korytarzu ucichły, oparłam się plecami o drzwi. Nagle zawirowało mi przed oczami, upadłam na siedzenie. Co jest? Przemknęło mi przez myśl. Uniosłam dłoń do czoła i lekko je rozmasowałam.
Naprawdę nie wiesz? Usłyszałam w głowie czyjeś słowa. Gwałtownie uniosłam wzrok i rozejrzałam się po pogrążonym w ciemnościach pokoju. Zauważyłam zakurzone instrumenty muzyczne. Przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz. Byłam pewna, że to samo stało się z moimi pięknymi skrzypcami. Leżały pewnie teraz na krześle w mojej dawnej sypialni. Od miesięcy nie oglądały światła słonecznego, dlatego że matka zakazała odsłaniania zasłon. Uczucie melancholii i czegoś jeszcze pojawiło się nagle i rozlało kującym bólem w piersiach. Zgięłam się w pół, próbując go opanować.
- Wyrzekam się ich! - wyszeptałam, czując jak łzy spływają mi po twarzy i kapią na podłogę. - Nie chcę ich! Nie są mi potrzebne! Proszę!
I ból i uczucie zniknęły równie nagle jak się pojawiły. Pozostawiły za sobą niezrozumiałą pustkę. Ulotniły się niczym sen o poranku. A ja nie byłam w stanie ich schwycić, gdyż niczym piasek przesypywały mi się między palcami i znikały. Gdy w końcu byłam w stanie się wyprostować ujrzałam koło biurka tę samą zjawę. Przyglądała mi się uważnie. I mogłam przysiąc, że się uśmiechnęła nim rozpłynęła się w powietrzu.
- Czekaj! Kim jesteś? - moje słowa poleciały w próżnię.
 Odgarnęłam do tyłu splątane włosy. Nie wiedziałam co powinnam zrobić. Wyjść? Zniknąć? Słyszałam jak Lisa krząta się na dole. Zdecydowanie nie mogłam jej tego zrobić. Wyciągnęłam spod swetra naszyjnik. Jeszcze zanim pomyślałam, zaczął się unosić w powietrzu. Odkryłam tę umiejętność kilka tygodni po śmierci.
- Noir, co mam zrobić? - spytałam szeptem, wpatrując się w przedmiot.
Nie otrzymawszy żadnej odpowiedzi, podnosząc się z podłogi, ponownie zawiesiłam go na szyi. Podeszłam do okna. Otworzyłam je i wyszłam na zewnątrz. Cudem wspięłam się na dach. Położyłam się na nim i spojrzałam w górę na gwiazdy. Coś w ich chłodnym blasku zawsze mnie przyciągało. Coś sprawiało, że od lat nieodmiennie budziły we mnie zachwyt. Poza tym, ktoś bardzo dla mnie ważny pokazał mi je. Nauczył, że nieważne co w życiu się stanie, co się zmieni to gwiazdy będą jedyną stałą rzeczą. I zawsze będą mnie wspierać. Choćby nie wiem co. Zwykle wtedy kładł mi swoją dłoń na głowie. A ja ze śmiechem ją strącałam, dąsając się, że jestem już na to za duża. Wiedziałam, że zawsze był urażony, dlatego od razu chwytałam jego palce i przytulałam się policzkiem do wnętrza jego dłoni, chłonąc jej ciepło i zapach. Nieodmiennie pachniała lawendowym olejkiem. Nie wiem jak to robił, ale nigdzie później w sklepach nie mogłam znaleźć perfum czy olejku, którego woń przypominała chociaż trochę tą Noira. Ciekawe co teraz robi? Pomyślałam. Przez jedną, krótką chwilę chciałam jechać do niego i go zobaczyć. Powiedzieć mu jak bardzo go kochałam przed śmiercią. Sprawić, że znów się uśmiechnie. Nie mogłam się jednak na to zdobyć. Bałam się, że dobije go to jeszcze bardziej, że już całkiem się rozsypie, że będzie wściekły, bo nie pojawiłam się wcześniej. Tysiące wątpliwości, zwaliły się na mnie niczym lawina. Przez chwilę żałowałam, że zostałam na ziemi. Że nie przeszłam na tzw. "drugą stronę"-o ile ona w ogóle istniała.
Nigdy nie żałuj takich rzeczy. Jesteś tutaj z jakiegoś powodu! Znów ten sam głos. Tym razem był zagniewany. Podniosłam się i rozejrzałam na boki. I tak samo jak poprzednio nikogo nie zauważyłam.
- Ale ty nie wiesz jak to jest nie móc powrócić do osób, które się kocha. Jak to jest nie móc już zobaczyć tych którzy są dla ciebie ważni.
Doskonale to rozumiem. Chcesz ich chronić, przed bólem. Rozumiem to. Ja też chcę chronić Lisę. Chcę, żebyś mi w tym pomogła. - W jej głosie słyszałam tym razem ciepło i żal.
- Ale jak mam to zrobić?
Pytanie pozostało bez odpowiedzi. Westchnęłam lekko. Zrobiło się zimno. Postanowiłam zejść z dachu. Kiedy znów znalazłam się w pokoju, zatrzymałam się przy biurku. Zauważyłam napis. "Joan tu była." Dotknęłam go palcami. Podobne rzeczy wyryliśmy z bratem na naszych instrumentach, aby każde z nas pamiętało w chwili występów czy ćwiczeń, że mimo nieobecności to drugie cały czas jest wspierane. Wodziłam palcami po rycie. Wydawał się zrobiony bardzo dawno temu. Jedno było pewne. Kimkolwiek Joan była, nie mieszkała tutaj. Może to jakaś jej znajoma. Zastanowiłam się. Zachichotałam cicho. A wydawała mi się samotniczką. Uśmiechnęłam się lekko.
- Może w innym życiu zostałybyśmy przyjaciółkami? Co ty na to, Lisa-chan? - szepnęłam do siebie. - Zaprzyjaźnimy się?
Pokręciłam głową. To było niemożliwe. Ktoś taki jak Lisa nigdy by się nie zaprzyjaźnił z kimś takim jak ja. Po prostu do siebie nie pasowałyśmy. A mimo to coś sprawiało, że chciałam, aby to nie była prawda. Jakaś część mnie chciała, żebym mogła się zaprzyjaźnić z Lisą. Nawet jeśli cały świat byłby temu przeciwny. Pozostała jeszcze sprawa tajemniczej zjawy. Zastanawiałam się kim była i czemu tak mocno uczepiła się białowłosej dziewczyny. Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam się zagubiona. Nic nie było dla mnie pewne, poza jedną rzeczą. Musiałam odejść zanim wszystko znów mi się rozpadnie. Zanim Lisa pozna jaka naprawdę jestem. Wiedziałam, że gdyby się dowiedziała, nie zaakceptowałaby tego. Nie mogłabym ścierpieć tej myśli. Postanowiłam więc, gdy tylko zrobi się jasno odejść i nie oglądać się za siebie.
Wreszcie nastał dzień. Szybko opuściłam pokój, zamykając drzwi. Najciszej jak potrafiłam zeszłam na dół. Gospodyni ułatwiła mi to zadanie. Podczas, gdy przechodziłam przez salon, stała na zewnątrz. Rzuciłam wzrokiem na stół, zasłany rysunkami, notatkami i przyborami do pisania i rysowania. Szczególnie zainteresowały mnie rysunki broni. Postanowiłam podejść i przez moment się im przyjrzeć. Usiałam na fotelu.
- Dzień dobry! - usłyszałam wesoły głos. - Jak się spało?
Podniosłam wzrok i ujrzałam uśmiechniętą Lisę. Odwzajemniłam lekki uśmiech.
- Dobrze, a tobie? - skłamałam.
Nie spałam wcale. Nie dlatego, że nie mogłam, a dlatego, że nie musiałam.
- Właściwie to nie spałam. - I zanim zdążyłam zadać jakiekolwiek pytanie, dodała. - Lubisz może jajecznicę?
Powędrowała do kuchni. To był ten moment, kiedy mogłam uciec.
- Pewnie! - rzuciłam wstając i biorąc do ręki torbę, którą zostawiłam przy drzwiach poprzedniego dnia.
Znalazłam moje ubrania. Sposób w jaki były one powieszone sprawił, że prawie zaniechałam pomysłu ucieczki. Szybko się w nie ubrałam.
- Lubisz z szynką i cebulą? - rzuciła Lisa z kuchni.
- Aha! - odkrzyknęłam, składając czerwony sweter.
Kiedy skończyłam, przeniknęłam przez ściany i znalazłam się na pogrążonym w szarości, chodniku. Biegiem ruszyłam przed siebie. Tak jak zaplanowałam. Poza jednym, małym szczegółem. Obejrzałam się za siebie. Mogłam sobie wyobrazić zaskoczony wyraz twarzy dziewczyny, gdy odkryje, że w salonie nie ma nikogo. Będzie zawiedziona, może trochę smutna. Jedno było pewne. Więcej się raczej nie spotkamy. Lachdale było duże, a obie mieszkałyśmy w całkiem odrębnych częściach miasta. W końcu dotarłam do swojego mieszkania. Musiałam dwa razy wpisywać kod na domofonie, aby zadziałał. Szarpnęłam ze klamkę i drzwi otworzyły się ze skrzypieniem. W hallu, jak zwykle, nie działało światło. Szłam wzdłuż ściany, czując pod palcami odłażącą farbę. W końcu dotarłam pod drzwi, które chyba kiedyś były zielone. Jednak farba popękała i po odłaziła w pozwijanych trocinach. Znów męczyłam się z zamkiem, który nie chciał się odtworzyć. W końcu zrezygnowałam i rozglądając się czy nikt nie patrzy przeniknęłam przez drzwi. Będąc już w korytarzu, rzuciłam na podłogę torbę, kurtkę i buty. Pomaszerowałam do salonu. Stała tam jedynie stara kanapa i stół. Rzuciłam się na nią. W powietrze uniosły się tumany kurzu. Zakasłałam. No tak. W końcu nie używałam jej od..hmm. Nigdy. Nie wiem jak długo leżałam, zbierając energię od mieszkańców bloku, ale w końcu postanowiłam się podnieść. Wróciłam po torbę i wyciągnęłam z niej telefon. Odblokowałam go. Miałam jeszcze trochę czasu zanim będę musiała iść do pracy. Cieszyłam się, że nie mam dziś wykładów ani ćwiczeń, bo nie mogłabym na nich wysiedzieć. Postanowiłam, że muszę się jakoś zrewanżować Lisie za nocleg i w ogóle. Poszłam do sypialni, aby się przebrać od razu do pracy. Włożyłam białą sukienkę do kolan i czarne getry, a na to niebieski sweter, pasujący kolorem do oczu. Nieodłączny naszyjnik ukryłam pod swetrem. Włożyłam kurtkę i kozaki. Wyszłam tak samo jak weszłam. Ruszyłam do sklepu, który był przecznicę dalej. Kupiłam potrzebne składniki. Czyli kupne mini babeczki z czekoladą. Wystarczyło dodać kilka składników, zamieszać i voila! Gotowe. Wróciłam do domu. Musiałam walczyć z piekarnikiem, bo nie chciał działać. Dopiero jak go kopnęłam i zwyzywałam zaczął grzać. Wrzuciłam wszystko do miski i po niecałej godzinie miałam gotowe słodkości. Zadowolona wyciągnęłam je z piekarnika. Nigdy nie mogłam zrozumieć, czemu matka zawsze mnie ganiła, jak gotowałam czy piekłam. Uważała, że od tego mamy służbę. Ale przecież to była taka wspaniała zabawa. Na szczęście brat zawsze mnie wspierał i z przyjemnością zjadał wszystko co ugotowałam, nawet jeśli na początku było to co najmniej niejadalne. Uśmiechnęłam się na wspomnienie o Noirze. Zaczęłam przeszukiwać szafki w poszukiwaniu czegoś w co mogłam wsadzić wypieki. Nie miałam pomysłu w co je włożyć więc wykorzystałam plastikowe pudełko z czerwoną pokrywką. Włożyłam tam wypieki i wrzuciłam pudełko do plecaka. Spojrzałam na godzinę. Było mega późno. Postanowiłam podrzucić je Lisie jak będę wracała z pracy. Ruszyłam biegiem na przystanek. Zanim przyjechał autobus, zdążyłam zrobić sobie lekki make-up. Zamaskować sine usta i cienie pod oczami. Trochę podkreślić oczy mascarą. Wyrobiłam się w ostatniej chwili. Szef już czekał.
- Równo z czasem. Jestem pod wrażeniem.
- Przepraszam...-wymruczałam.
- No trudno. Chodź. Poznam cię z kimś kto cię wprowadzi.
Ruszyliśmy wprost do ciemnego wnętrza baru. Grał cicho rock. Nie potrafiłam zidentyfikować utworu. Rozejrzałam się po ładnie ustrojonym wnętrzu. Niebieskie i czerwone migające światła nadawały temu miejscu charakteru prawdziwego klubu, gdzie chodziło się zabawić. Było jeszcze wcześnie, ale kilku klientów już siedziało na stołkach popijając trunki. Niektórzy zajęli miejsca w boksach na uboczu topiąc prawdopodobnie swoje smutki w alkoholu. Po chwili zatrzymaliśmy się przy barze. Za nim stała cała cała kolekcja najróżniejszych napoi alkoholowych, którymi nie powstydziłby się barek mojego ojca. A także stały tam wypolerowane, błyszczące szklanki. Widać standardy czystości były tu całkiem wysokie.
- Jeszcze przed momentem tu była. - mruknął właściciel. - Pewnie poszła po coś na zaplecze.
I wtedy otworzyły się drzwi. Wyszła przez nie... Nikt inny jak Lisa! Z wrażenia upuściłam na ziemię plecak. Ona też znieruchomiała, gdy tylko mnie zauważyła.
- Blanche to jest Lisa. Wprowadzi cię we wszystko. Liso to jest Blanche. Nasza nowa pracownica. Mam nadzieję, że będzie się wam dobrze pracowało.
Po tych słowach odszedł do swojego biura. Spojrzałam raz jeszcze na jego plecy, po czym sięgnęłam do plecaka i wyciągnęłam babeczki. Chwilę mocowałam się z suwakiem. W ciemności było to niełatwe zadanie.
- Proszę. Upiekłam je dla nas... Znaczy dla ciebie.. Wiesz w podziękowaniu... Nie są jakoś super dobre, bo w sumie kupne. Ale nie są bardzo złe. Możesz je wyrzucić jeśli chcesz. Przepraszam, że tak z rana uciekłam. Miałam coś ważnego do zrobienia. - Kłamstwo. Nie chciałam jej okłamywać, ale co mogłam jej powiedzieć? Wiesz Lisa, uciekłam bo bałam się że cię polubię za bardzo. A gdy ty mnie poznasz nie będziesz chciała się ze mną przyjaźnić? Że zerwiesz ze mną kontakt? Że nie będziesz chciała mnie znać, niezależnie od tego jak bardzo będzie mi zależeć na tej przyjaźni? Że różnimy się wszystkim od wyglądu po status? Wiesz ty jesteś żywa, a ja nie... Nie. Zdecydowanie nie mogłam tego jej powiedzieć. Tylko by mnie wyśmiała i przyznała mi rację. A wystarczy mi upokorzeń i odrzucenia jak na jeden żywot. Czekałam w milczeniu aż dziewczyna weźmie ode mnie pudełko z babeczkami.

<Lisa? Wybacz, że tak długo...>

Od Dante cd. historii Ashton'a

Ash wyminął mnie bez słowa, udając się do łazienki. Już po chwili usłyszałem szum wody, miałem nadzieję, że wszystko jest z nim okay i że nie zabije się, biorąc prysznic. Położyłem się na łóżku i zacząłem się zastanawiać, co ostatnio dzieje się z Ash’em. Może coś w pracy, a może po prostu ma ostatnio gorsze dni. Włączyłem mały telewizor, w którym jak już parę dni temu sprawdzałem, znajdują się tylko kanały, na których cały dzień lecą wiadomości. Oglądałem informacje sportowe, kiedy nagle telewizor zaczął śnieżyć, a po chwili kanał sam zmienił się na wiadomości dotyczące Dimevilles. Prowadzący zaczął opowiadać o incydencie, który miał miejsce niedawno. Na głównej ulicy samochód został wysadzony w powietrze, uprzednio droga została zablokowana przez stojącego na jej środku mężczyznę. Władze miasta podejrzewają atak terrorystyczny. Podniosłem się, kiedy zobaczyłem, jak samochód po prostu nagle wybucha, a mężczyzna, który stał na drodze, nagle zniknął. Od razu pomyślałem, że Ash ma coś z tym wspólnego. Można stwierdzić, że to brak zaufania z mojej strony, ale jakby nie patrzeć ostatnio często się kłócimy, a na dodatek on się podejrzanie zachowuje.

*

Wszedłem do łazienki, żeby przemyć twarz wodą. Właściwie, to chciałem pogadać z Ashton’em, ale bałem się go o to zapytać. W czasie, kiedy ja stałem oparty o zlew i patrzyłem w lustro, Ash wyszedł spod prysznica. Wytarł się na szybko, po czym owinął się w pasie i podszedł do mnie.
- Wszystko okay? - położył mi ręce na ramionach i obrócił mnie w swoją stronę. Opuściłem głowę.
- Mam jedno bardzo ważne pytanie i wiem, że możesz się o to wkurzyć, ale - przygryzłem wargę i spojrzałem się na niego niepewnie.
- Mów, o co chodzi, bo mnie martwisz.
- Wiem, że dopiero od niedawna pracujemy, ale może weźmiemy jutro wolne i pójdziemy obejrzeć jakieś mieszkania? - nie miałem odwagi zapytać się, o to, o co naprawdę chciałem. Jednak ten temat też chciałem poruszyć. Mieszkanie w hotelu jest drogie, z resztą może i mamy własny pokój, ale to nie to samo, co własne mieszkanie - proszę - uśmiechnąłem się, patrząc mu w oczy błagalnym spojrzeniem.
- No nie wiem - odwrócił się bokiem do mnie i westchnął. Domyślałem się, że będzie trudno o jeden dzień wolnego, jako że od niedawna pracujemy, ale skoro jakoś zarabiamy, to możemy czegoś poszukać. Chwyciłem go za ręce i wyprowadziłem go z łazienki, szedłem tyłem, aż dotarliśmy na łóżko, na którym usiadłem. Ash stał przede mną i patrzył na mnie z góry.
- Jestem pewny, że dasz radę to załatwić. No pomyśl, byśmy mieli wreszcie swoje cztery ściany, zero stresu z obsługą hotelową - usiadł mi na kolanach, a ja objąłem go - to co? - Ash uśmiechnął się, po czym przygryzł wargę i zarzucił mi ręce na szyję.
- Zobaczę - zbliżył twarz do mojej i musnął swoimi wargami moich ust. Chciałem go pocałować, jednak on ugryzł moją dolną wargę, a następnie wstał i poszedł się ubrać, posyłając mi na odchodne zaczepne spojrzenie. Naprawdę miałem nadzieję, że będzie wszystko okay.
- Powoli, ale do przodu - powiedziałem sam do siebie, uśmiechając się i obserwując Ashton'a, który się przebierał.

<Ash?>