czwartek, 21 września 2017

Od Ineez c.d historii James'a

Słuchając James'a dowiedziałam się wszystkiego czego potrzebowałam. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że jest niewinny. Chłopak zbierał się do wyjścia. Skoczyłam z fotela wyciągając migiem broń.
- Stój bo strzelam! - rzekłam poważnie. - Ręce szeroko!
Wykonał moje polecenie.  
- Nigdy cię nie skrzywdziłem, przynajmniej nie specjalnie. Ale to już wiesz. No, czekam. Już chyba zacznę liczyć lata. 
Zignorowałam jego słowa. Unosząc broń podeszłam do niego. Zakułam go w kajdanki. 
- James'ie Choke/Adams zostajesz aresztowany za szpiegostwo, podżeganie do zabójstwa oraz za zamach na najważniejsze osobistości.
- No bez jaj... - rzekł.
- Masz prawo zachować milczenie. Wszystko co powiesz może być użyte przeciwko tobie. - dokończyłam. Zmusiłam go, aby się schylił. 
- Anderson! - krzyknęłam. - Wierzę, że jesteś niewinny. Zawsze jestem po twojej stronie. - szepnęłam mu do ucha.
- Trudno mi w to uwierzyć. - mruknął James.
Uśmiechnęłam się lekko. Po chwili do pokoju wpadli Martin, Anderson i Ilastin.
- Przyznał się do wszystkiego. Jest wasz. - popchnęłam chłopaka w stronę policjantów.
Wcześniej wsunęłam mu karteczkę do kieszeni. Wywołało to zdziwienie na jego twarzy. "Ucieknij." Przekazałam mu ruszając bezgłośnie wargami. Po czym odwróciłam się do niego plecami. Schowałam broń z powrotem do kabury. Stanęłam przy oknie patrząc na zachodzące słońce. Przypomniało mi się to wtedy na wzgórzu. Po chwili poczułam dłoń brata na ramieniu.
- Oby twój plan zadziałał.
- Zadziała. Dorwiemy go. Pora, aby to wszystko się w końcu skończyło. - Powiedziałam nie patrząc nawet na niego. - Oby tylko skorzystał z niekompetencji tych durni.
- Nie przejdziesz dalej, jeśli tego nie zrobi prawda?
- Nie. - przyznałam z przebiegłym uśmiechem.
- Czemu? - zapytał mnie nagle. - Zakochałaś się?
- Nie bądź śmieszny braciszku. - rzekłam lodowatym głosem, zrzucając jego dłoń z ramienia. - Po prostu dobrze mi się z nim pracuje.
- Uważaj. Pamiętasz chyba co stało się ostatnio kiedy się zakochałaś? - przypomniał mi.
Gniew zagotował się we mnie ognistą falą.
- Nie musisz mi przypominać. Doskonale wiem co robię. I wszystko pamiętam. - powiedziałam mu zimno. - To ja będę już wracała. Powinien niedługo im już zwiać.
Brat jedynie kiwnął głową. Odprowadził mnie do drzwi. Myślałam przez chwilę, czy aby dobrze wszystko napisałam. Adres się zgadzał. Stara faktoria na obrzeżach Iterum. Tam, gdzie wtedy ten głupiec wysłał swoich ludzi. Wyszłam od "oficjalnej" strony budynku. Zatrzymałam taksówkę i wsiadłam. Podałam adres dwie przecznice wcześniej. Zatrzymałam się w odpowiednim miejscu. Ruszyłam przed siebie. Sprawdziłam jeszcze czy mam wszystko w torebce. Wszystko się oczywiście zgadzało. Odgarnęłam włosy z czoła. Zatrzymałam się przy bramie z siatki. Łatwo przeszłam przez nią. Schowałam się w cieniu czekając na pojawienie się James'a. Po kilku minutach chłopak wspiął się po siatce. I przeskoczył na drugą stronę. Zaczął się rozglądać. Zaszłam go od tyłu. Udało mi się zasłonić mu usta. "Ćśś" szepnęłam mu do ucha. Jakimś cudem mnie nie znokautował.
- Ineez co ty?- zaczął, jednak znów go uciszyłam.
Pociągnęłam za sobą do cienia. Wyciągnęłam z torebki fałszywe dokumenty. Podałam je James'owi, który nic z tego nie rozumiał.
- Musisz wyjechać. - wyjaśniłam mu. - Na jakiś czas. Dopóki ja, albo ktoś z mojej rodziny nie skontaktuje się z tobą.
- Co? Nie rozumiem co do mnie mówisz... - zaprzeczył chłopak.
- Odjedź stąd. Ukryj się tak, aby oni cię nie znaleźli.
- Kim są oni?
- Nie ważne! Ważne, że musisz być już daleko kiedy to wszystko się skończy. Za pół godziny masz pociąg.
James złapał mnie za ramiona.
- Nigdzie nie jadę! Ineez co się dzieje?
- Nic w co musisz się mieszać! To jest bardzo niebezpieczne!
- Nigdzie nie pójdę, dopóki mi wszystkiego nie wyjaśnisz.
Usłyszałam na drodze dźwięk samochodu. Zaklęłam pod nosem. Złapałam chłopaka za rękę i wciągnęłam do środka fabryki. Nakazałam mu być cicho. Wspięliśmy się na drugie piętro i ukryliśmy za jakąś ogromną, zakurzoną machiną.
- Ineez o co chodzi? Czemu tylko ja mam wyjechać? Co z twoją rodziną?
- Oni już opuścili Iterum. Brat jest bezpieczny w swoim mieszkaniu. Niedługo dołączy do niego pani Faerson. Cśś. Ktoś tutaj wszedł.
Dźwięk skrzypiących drzwi rozległ się echem w wymarłym budynku. Kroki odbiły się od ścian.
- Ineez kto to jest?
Syknęłam by się zamknął. Po chwili kroki umilkły i drzwi skrzypnęły, gdy się zamknęły. Podkradłam się do okna i zobaczyłam mężczyznę stojącego przed fabryką przy jakimś drogim samochodzie. Rozmawiał przez telefon. Po czym wsiadł do auta i odjechał. Nagle zadzwonił mój telefon. Wyciągnęłam go z torebki. Zamarłam widząc numer. Akurat James chciał do mnie podejść i coś powiedzieć. Położyłam dłoń na ustach. I odebrałam. Włączyłam głośnik.
- Ineez Brial. - rzekł głos.
- Witaj Belzebubie. - mruknęłam.
W słuchawce rozległ się śmiech.
- Widzę, że mnie pamiętasz. Niczego się nie nauczyłaś? Miałaś mi się nie mieszać.
- A ty nie wiesz co robię? Pomagam policji łapać i zamykać takie gnidy jak ty.
- Kłamiesz. Dobrze się bawiłaś łapiąc Henrikson'a?
- Zwiał zbyt wiele razy. W końcu zrobiło to się nudne.
- Ale zadziałało, żeby zniszczyć twojego chłopaka.
Zaśmiałam się obrzydliwie. James aż się wzdrygnął, jednak nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
- On nie jest moim chłopakiem. Raz mi starczył. Dzięki tobie.
- Ależ proszę bardzo. Niedługo Iterum stanie w ogniu i ty mnie nie powstrzymasz.
- Posłuchaj mnie przez ten jeden moment. Połączyłam wszystkie fakty. Dziś to wszystko się zakończy, czy tego chcesz czy nie. Do zobaczenia. - rozłączyłam się.
Opuściłam komórkę. Po chwili miejsce obok mnie zajął James. Poderwałam się na nogi.
- Nie mamy czasu. Musisz iść. Zaraz tutaj wrócą. - ruszyłam do przodu, aby go stąd wyprowadzić. Jednak on nie ruszył się z miejsca.
- Na prawdę chcesz zginąć?- warknęłam do niego.
- Nie. Chcę jedynie w końcu dowiedzieć się co z tobą jest?
- Nic nie jest. Takie to dziwne, że nie chcę aby ci się coś stało?
- Czemu? Czemu cię obchodzę?
- Bo tak i już!- warknęłam. - Idziesz?
- Nie. Dopóki mi wszystkiego nie powiesz.
- Ale jesteś uparty!
- Ty również. - rozsiadł się jakbyśmy byli na pikniku, a nie w śmiertelnym niebezpieczeństwie. - Nigdzie się stąd nie ruszę...
- Powtarzasz się. - mruknęłam.
- Przestanę jeśli w końcu mi wszystko wyjaśnisz. Kim jest Belzebub? I czego od ciebie chce?
Westchnęłam.
- Belzebub to ten, który był odpowiedzialny za wszystko. Za to wtedy u Hrabi, za ten zamach. Ogólnie za wszystko.
- Ale to nie wyjaśnia tego co od ciebie chce...
- Jeśli będziesz mi przerywać to niczego się nie dowiesz. Belzebub to mój ojciec chrzestny. - wreszcie z siebie wyrzuciłam.
- CO?! - krzyknął zaskoczony. Szybko zasłoniłam mu usta.
- Cicho!-warknęłam.
- Wybacz... Ale co? Jak? - pokręcił głową. - Jakim cudem?
- Może nie uwierzysz, ale on kiedyś był inny. Owszem miał swoje za uszami, ale nigdy tyle, aby mój ojciec nie mógł go z tego wyciągnąć. Jednak pewnego razu przegiął. Mój ojciec mu tego nie potrafił wybaczyć. Chciał wciągnąć mnie i brata w czasie jego i matki nieobecności w handel bronią i Bóg wie czym innym. Tłumaczył się, że z takimi jak nasze umysłami mógłby wiele osiągnąć. Dostał ponad 10 lat bezwzględnego więzienia. I widać wykorzystał to. Zdobył znajomości. Wykorzystał to co mu mówiliśmy. Genialne dzieci Brialów przyczyniły się do powstania największego przestępcy w Iterum Śmieszne prawda? - jednak James wcale się nie śmiał. - W końcu wyszedł z więzienia i słuch po nim zaginął. Ale nie na długo. Wykorzystał bliskie nam osoby, żeby nas zmusić do pomocy. Ale wtedy udało się mi go powstrzymać. Jednak zwiał. I teraz po kilku latach znów uderzył. Ja jednak nie popełnię tego samego błędu. W tej chwili masz się stąd wynieść.
Zerwałam się na nogi. Jednak było już za późno na ucieczkę. Drzwi otworzyły się z hukiem.
- Choćby nie wiem co nie wychodź stąd! Zostań tutaj tak długo, aż ktoś po ciebie przyjdzie. - wysłałam szybko SMS'a bratu. Po czym go skasowałam. Wyłączyłam telefon. Zauważyłam, że James chce protestować. - Nie! Nawet o tym nie myśl. Zostań tutaj.
Nie dałam mu czasu na sprzeciw. Wyszłam zaa machiny. Podeszłam do barierek schodów i oparłam się o nie.
- Ineez Brial! - krzyknął Belzebub wchodząc do środka.
- Witaj śmieciu. - rzekłam zimno.
Nagle kilkanaście luf skierowało się w moją stronę.
- Widzę, że przyszedłeś z pieskami. - powiedziałam ruszając w stronę schodów. - Aż tak się boisz dziewiętnastoletniej dziewczynki?
Powoli zaczęłam schodzić. Odgłos kroków odbijał się echem. Uniosłam dumnie głowę. Uśmiechnęłam się do niego zimno.
- Nie obawiam się dziecka, doskonale to wiesz. Obawiam się tego co możesz mi zrobić.
- I słusznie. Bo mogę... - nagle się rozpłynęłam.
Strach wymalował się na ich twarzach. Pojawiłam się za plecami Belzebuba.
- Zniknąć. - szepnęłam mu do ucha.
Szarpnął się do przodu. Odwrócił i wystrzelił do mnie. Jednak ja zdążyłam zniknąć i pojawić się za nim.
- Powinnam ci za to podziękować. Dzięki tobie jestem niemal nieśmiertelna.
- Zawsze mogę cię uśmiercić. - warknął.
- Nie masz w tym żadnego interesu. Czego tym razem chcesz? Znów ma szmuglować dla ciebie broń czy może tym razem coś innego?
- Tym razem, masz mnie wpuścić do budynku rządu. Zamierzam przejąć władzę w Iterum. Właśnie teraz moi ludzie sieją zamęt na ulicach miasta.
- Do tego nie potrzebujesz mojej pomocy. Wystarczy, że jeszcze bardziej zastraszysz ludzi. Sami oddadzą ci władzę. Słabi głupcy.
Podszedł do mnie. Dotknął mojego policzka. Cofnęłam się.
- Mylisz się. Jesteś mi potrzebna kwiatuszku, żeby zrobili to łatwiej. Dzięki temu będę miał cię na oku.
- I dlatego mnie zastraszasz? Myślisz, że to coś da? Jeśli mamy rozmawiać o czym kolwiek odwołaj swoje psy, bo ich głupie gęby mnie rozpraszają. Tutaj ci nie zagrażam, prawda?
Machnął ręką i jego ludzie opuścili wnętrze fabryki. Po czym spojrzał na mnie.
- Policja już otoczyła teren. - stwierdziłam. - Właśnie wyłapali twoich "przyjaciół".
Jakby na potwierdzenie moich słów rozległy się strzały i okrzyki policjantów. Zdziwienie wymalowało się na jego twarzy.
- Przegrałeś. - rzekłam. - Koniec z tobą.
- Wręcz przeciwnie. - rzucił się w moją stronę.
Zanim zdążyłam się odsunąć zapiął mi na nadgarstku jakąś bransoletę. Ogniste błyskawice bólu przepłynęły przez moje ciało. Z moich ust wyrwał się krzyk. Jego silna dłoń złapała mnie za ramię. Na pewno zostawi tam siniaki. Szarpnął mnie do góry.
- Widzisz aniołku, zawsze mam plan B.
- Puść ją! - krzyknął James stając na szycie schodów i mierząc do Belzebuba z broni.
Przez falę powoli opuszczając moje ciało, oczy zaszły mi mgłą, ale szybko odzyskałam ostrość widzenia.
- James! Co ty wyprawisz? Miałeś zostać!
Chłopak nie odpowiedział tylko wciąż mierzył do mężczyzny. Belzebub wyciągnął swoją broń. Przyłożył mi do skroni.
- Opuść broń chłopcze. Inaczej zabiję twoją przyjaciółeczkę. - szarpnęłam się. Jednak on tylko mocniej ścisnął mi ramię. Wręcz wykręcił mi je na plecy.
- Nie rób tego... - szepnęłam do chłopaka.
Próbowałam dyskretnie sięgnąć po broń, ale lewą rękę miałam wykręconą na plecy i nie było to takie łatwe. W końcu James znalazł się na przeciwko Belzebuba. Powoli zbliżał się do niego.
- Uciekaj stąd! - krzyknęłam do niego.
- Ineez nie zostawię cię z tym szaleńcem. - powiedział.
Do środka dobijali się policjanci. Na ich czele był Martin.
- Jesteś skończony Chrisopherze Miraae. Poddaj się. - rozpoznałam jego głos.
- Żądam, abyście pozwolili mi przejść. I dali odjechać, a Ineez Brial nie stanie się krzywda. - krzyknął.
Zauważyłam, że jego uścisk zelżał. Szarpnęłam się mocno. Ignorując ból w ramieniu wyciągnęłam broń. Stanęłam między nim, a James'em. Chciałam wystrzelić, ale spóźniłam się. Broń Belzebub'a wystrzeliła.
- Padnij! - złapałam James'a za ramię, gdyż znajdował się blisko mnie.
Polecieliśmy w kurz. Poczułam szarpnięcie w prawym boku. Ból zaczął się powoli rozprzestrzeniać. Za wszelką cenę próbowałam powstrzymać szok, bo to on zabijał. W końcu do pomieszczenia wpadli policjanci. Złapali Belzebuba. Powalili go na ziemię. Martin podszedł do nas. Kiedy zobaczył czerwoną plamę, rozszerzającą się na białej koszuli jego twarz stała się blada. Szybko wyciągnął swoją krótkofalówkę. "Potrzebna karetka i to szybko!". James podniósł się do siadu. Próbowałam również usiąść, jednak nie dawałam rady. Powoli ciemniało mi przed oczami. Przycisnęłam dłoń do rany. Inspektor uklęknął obok mnie. Zdjął swoją koszulę, zwinął w kulę i wcisnął w dłonie chłopaka.
- Uciskaj mocno! - rzekł do niego.
Obrócili mnie na plecy. Skrzywiłam się, bo znów ból zalał mnie falami ognia. Na szczęście bransoleta roztrzaskała się na drobny maczek. Twarz James'a była cała biała.
- Idiota. - szepnęłam, a tak w każdym razie mi się wydawało. Nie mogłam wydobyć z siebie głosu.
- Trzymaj się Ineez. Zaraz będzie pogotowie. - powiedział.
Słyszałam wycie syren. Czyli to działo się na prawdę. James trzymał mnie w ramionach próbując zatamować krwawienie. Po dłuższym czasie ktoś wbiegł do fabryki. Jednak nie wiedziałam już kto to był.

< James? Spokojnie Ineez przeżyje, ale nie będzie już chyba duszkiem >

środa, 20 września 2017

Od Jodie cd. historii Kage

Spojrzałam na niego przez chwilę oszołomiona tym pytaniem, a potem uśmiechnęłam się i spojrzałam w ciecz. Nie widziałam w nim swego odbicia jak w wodzie. Przed oczami pojawiły mi się za to znane twarze i tak jak zazwyczaj, dym.
- Wiesz, to nieco dziwne - powiedziałam i podniosłam na niego wzrok po dłuższej ciszy. - Teraz się wszystko zmieniło. Zamiast mieć wszystkich gdzieś, kłócę się z kotem. Zamiast wszystko obracać w żart, wszystko mnie dotyka. I zamiast tak jak kiedyś mówić kulturalnie, wyzywam i docinam - powiedziałam z mniejszym uśmiechem i wypiłam łyk napoju. Poczułam ciepło w gardle.
- A jak było kiedyś? Chociaż cię bardziej poznam - powiedział. Przypomniałam sobie długie korytarze i zawsze po jednej stronie masę drzwi. Parę ławek wiecznie zajętych, w wiosnę zawsze pustych, nauczycieli na każdym rogu i "gangi" uczniów, których wzrok przeszywał cię na wskroś.
- Do szkoły chodziłam od dziecka, jak to normalni ludzie. Podstawówka to prościzna, dziecko z każdym sobie poradzi, ale im się było starszym, tym było gorzej. A jak poszłam na studia - machnęłam ręką. - To dopiero było. Z nikim nie umiałam rozmawiać, ale po części też nie chciałam. Dziewczyny rozmawiały o plotkach, ubraniach... raz się postanowiłam przyłączyć, to tylko kiwałam głową i nic nie rozumiałam. A chłopacy nie zwracali na mnie uwagi, żyli swoim światem, którego też nie rozumiałam. Nie rozumiałam ich żartów, podglądania dziewczyn czy chociażby ich rozmowy. Dlatego jak to w liceum bywa, wytykali mnie i się śmiali. I jak wcześniej ci powiedziałam, miałam wszystko w du*ie i wszystko obracałam w żart tak, jakby oni śmiali się ze MNĄ, a nie ze MNIE - zamilkłam na chwilę i ponownie się napiłam. Kage słuchał w milczeniu. Nigdy nie spotkałam takie słuchacza, chyba, że liczy się klasa, na którą wrzeszczy nauczyciel, a i tak są szmery i nikt cię nie słucha. - Dlatego jakbym znalazła przyjaciół wśród tych... patologicznych. Z nimi było łatwo. Rozmawiali o wszystkim, a kiedy wkręciłam się w ich... zainteresowania - nie wiedziałam jak to inaczej nazwać. - wszystko stało się prostsze.
- Zainteresowania? - pokiwałam głową i na chwilę zamilkłam. Głupio było mi o tym mówić. Mógłby pomyśleć, że dalej to robię, albo co gorsza, trzymam towar w domu. Ale sam się zapytał i sam chciał wiedzieć.
- Najpierw było zwykłe palenie, nic szkodliwego - tak jakby. - Potem alkohol, imprezy i kac na następny dzień. Potem tak się rozkręciłam, że zaczęłam także brać, co mi podawali i na jedyne, co się nie zgadzałam, to strzykawki. Trawa, dopalacze... mój organizm próbował wszystkiego - uważnie przyglądałam się jego twarzy, aby móc wyczytać jego emocje; jak na razie, to tylko zdziwienie i oszołomienie. - I chociaż brzmi to okropnie, to uwierz. Była to najlepsza paczka i jestem pewna, że każdy wskoczył by za sobą w ogień. Zajarany lub nie - powiedziałam poważnie, bo taka była prawda. - I jeden z tych kolegów pomógł mi przynieść do domu obcego faceta, ze zrujnowanego sklepu, który okazał się być wampirem - powiedziałam ostro, chociaż nie wiem dlaczego. Chyba dalej miałam w sobie ten gniew, że gdybym nie była taka miła, dalej prowadziłabym normalne życie. Nudne, lub nie. A może i za kratami, gdyby ktoś nieupoważniony dowiedział się o wszystkim. - Paczka liczyła z dobre dziesięć osób, trzy dziewczyny plus ja, reszta chłopcy. Teraz głupio jest mi się z nimi spotkać, bo... nie wiem jak. Głupi nie są, ten kolega, który mi pomagał, na pewno już zrozumiał, że musisz mieć coś wspólnego z moim zniknięciem, a takie nagłe pojawienie się w drzwiach z tekstem "dacie zajarać" jest... dziwne. I na trzeźwo lub nie, nie wiem jak zareagują - wyjaśniłam wszystko. Dopiero w tej chwili zrozumiałam, dlaczego tyle o nich myślałam, ale nigdy do nich nie zaszłam. Bałam się tego spotkania. A może to dobrze? Wszystkie kontakty z prochami są już nieaktualne, nic mi nie będzie.
Wypiłam do końca napój i odsunęłam od siebie kubek wspominają każdą imprezę. Tańce, czasem bijatyki, w które zazwyczaj ja się wplątywałam - okazało się, że byłam bardzo agresywna, wystarczyło mnie dotknąć w tyłek, a już się rzucałam. A kiedy to się stawało komuś z mojego otoczenia, ponoć wpadałam w szał. I chociaż wyrzucili nas z większości klubów, nic się nie zmieniło. Nie zmieniło się także to, że czasem po pijaku, gdy się nocowało u kogoś, lądowało się w łóżku z którymś kolegą. Na szczęście nikt o tym nie gadał, bo... każdemu się to zdarzało.
- Zanim skomentujesz moje wybryki, powiedz mi jak to było z tobą. Wampiry są chyba nieśmiertelne czy coś, nie? Ile masz lat? I masz jakichś znajomych? - zapytałam. Nim wyrzuci mnie z domu, może dowiem się jeszcze czegoś o nim?

<Kage?>

Odejście

Para demona Vee i człowieka Luthera odchodzi z własnej decyzji - brak czasu i weny. Mam nadzieję, że jeszcze powrócicie.

http://pre11.deviantart.net/f63c/th/pre/f/2011/034/f/2/f2fe00dae951b0bbd2df6525cc826365-d38q2xg.jpghttp://orig01.deviantart.net/9731/f/2017/006/b/b/sangwoo_by_xhilariousx-dauei3w.jpg

Od Ashton'a cd. historii Dante

Zakryłem oczy i siedziałem w milczeniu długi czas. Opanowywałem oddech, kontrolowałem swój umysł i walczyłem z bólem. Teraz najważniejszy był Dante. Nie dość, że leżał ciężko ranny po spotkaniu demona-psychola, to na dodatek trafił do drugich wariatów, którzy nie wiadomo czego od niego chcą. Pewnie będą go torturować, aż powie im, gdzie jestem. Ale on tego nie wie. A może... bo skoro dowiedzieli się, kim byłem na prawdę, czy nie mogli zrobić tego samego z chłopakiem? Byłem bliski histerii. Wizja cięcia go na kawałki była tak przerażająca, że to mnie zmusiło do szybszego działania. Po pięciu minutach wstałem i ignorując kręcenie się w głowie, ruszyłem ku ulicy. Stanąłem na chodniku. Ludzie patrzyli na mnie zdziwieni, jak i lekko przerażeni. W końcu wychodzący chłopak z ciemnego zaułka, który wygląda, jakby go coś potrafiło na ulicy, nie jest normalnym widokiem.
Gdzie mam iść? Gdzie jesteś Dante? Dokąd cię zabrali? Tyle myśli krążyło mi po głowie, ale nie mogłem odnaleźć żadnego rozwiązania. W ten chwili przepadł, gdzie mam go szukać? Ostatnią szansą był dom...
I tak jak się domyślałem, służby kręciły się po naszym lokum, zabezpieczając wszystko, co było możliwe. Widziałem jak wynoszą jakieś ubrania i książki i pakują je do nie wielkiej furgonetki. Przymknęli drzwi i dalej krzątali po domu. Jak oni tak w ogóle mogli? Bez naszej wiedzy, a jestem pewien, że nawet bez żadnego nakazu. Po prostu wchodzą, wynoszą... robią co chcą! A to jest mój dom i Dante, ale teraz...
Muszę go znaleźć. Schowałem się za budynkiem i obserwowałem ich długi czas. Ciągle rozmawiali, wynosili coś, oznaczali, przyglądali się i zapisywali. Niestety byłem zbyt daleko, aby cokolwiek usłyszeć. I tak mijały minuty, a za nimi cała godzina. W tym czasie całkowicie zapomniałem o bólu, przestało mi się kręcić, rany już nie pulsowały, ale gdy próbowałem zrobić w ich stronę krok, kiedy powoli wsiadali do samochodów, poczułem, jakbym płonął. To było okropne uczucie. Jak ja mam sobie z nimi poradzić? A tym bardziej jakoś ich śledzić? Uważnie rozejrzałem się po całym placu, jaki zajmowali. Dwa czarne samochody już odjechały, został jeszcze jeden i ta nie wielka furgonetka, w której zamknęli drzwi. Z tego co widziałem, nikt tam nie wchodził, więc... Zakradłem się zaciskając zęby i próbując nie zwracać uwagi na to, że moje nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Podszedłem do mini ciężarówki i poczekałem chwilę, aż mężczyźni wejdą do samochodu. Kiedy usłyszałem trzask drzwiczek, wyjrzałem. Droga była wolna, dlatego otworzyłam tylne drzwi do furgonetki. Ukazał mi się stos pudeł, ale także nie wielka szpara między nimi. Wcisnąłem się w środek, a potem wepchałem się gdzieś w bok tak, aby pudła kryły mnie z dwóch stron. Po dwóch minutach i te drzwi zostały zamknięte, przez co w środku panowała całkowita ciemność. Okazało się, że to nie było dla mnie problemem. Potrafiłam sobie wszystko oświetlić błękitnym płomieniem, który spowił cała moją rękę. Nie był gorący i nie podpalał kartonu, dlatego kiedy wyruszyliśmy, zrobiłem sobie miejsce, aby usiąść i odpocząć.
Jadę do ciebie.

<Dante?>

niedziela, 17 września 2017

Od Jodie cd. historii Astrid

Dzień okropnie się dłużył. Policja wchodziła, wychodziła, pytała... potem Kage wyszedł do pracy, ponieważ okazało się, że jeden z kucharzy dostał gorączki i nie przyszedł. Ja za to siedziałam w domu, znowu sama. Usiadłam na kanapie i oglądałam bzdety w telewizji; tak jakby. W rzeczywistości myślałam nad próbą zabicia tej dziewczyny, jeśli ją zobaczę. Wcześniej też postanowiłam pomóc przypadkowej osobie i jak to się skończyło? Rzuciłam szkołę, uważają mnie za zaginioną, dostałam jakiejś mocy władania prądem i mieszkam z wampirem. A teraz mam problemy z policją. Ja się chyba powieszę, na prawdę.
Czas płynął niebłagalnie wolno. Minęły minuta, a dla mnie to była godzina. Chciałam, aby ten dzień już się skończył, a najlepiej całe moje życie. Ale przed tym chyba ją zabije. Chłopak miał wrócić dopiero o północy, może wcześniej, ponieważ o tej godzinie zamykają restaurację; wyjątkowo późno, ale ponoć mają bardzo ważnego gościa. Cóż, nie wnikam. To, że tam pracuje, nie znaczy, że obchodzą mnie obcy ludzie. Od dziś już na nikogo nie będę zwracała uwagi, o to się już postaram.
Poczułam głód, brzuch dał o sobie znać, dlatego poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę i długie minuty wertowałam półki z konserwami, mlekiem, mięsem, pasztetami, jajkami... i nie miałam ochotę na nic. Byłam głodna, ale zbyt leniwa, aby sobie coś zrobić. Zamknęłam drzwiczki lodówki i spojrzałam na okno. A tam... ona. Ta cholerna morderczyni, która zabiła policjanta przed moim domem, zrzucając na mnie cała winę. Otworzyłam szybko okno.
- Ty... ja cię chyba zabije - skierowałam w jej stronę rękę. Ruszyła się, chciała uciec, ale mój prąd był szybszy. Uderzyłam w nią, a ona spadła z dachu, potoczyła się po dachówkach i poleciała w dół. Miała szczęście, że wylądowała śmieciach. Lepsze to niż beton. Nie myśląc racjonalnie wskoczyłam na parapet i nim zdążył się pode mną załamać, wyskoczyłam przed okno. Nie był to żaden piętrowy blok, tylko zwykły dom, dlatego nic mi się nie stało, po wyskoczeniu z jakichś pięciu metrów, może nieco więcej. Mimo to uklękłam na kolana. Dziewczyna zdążyła się już pozbierać i zeszła z kontenera. - Czy ty jesteś normalna?! - zagrodziłam jej drogę, nim zdążyła zwiać. Stanęła dumnie i pewna siebie uśmiechnęła się.
- Ponoć nie - powiedziała spokojna, a w jej głosie słyszałam rozbawienie.
Nienawidzę jej.
- Widzę - fuknęłam. - Dlaczego wrobiłaś mnie w morderstwo, skoro ci pomogłam?! - krzyknęłam rozwścieczona. Chyba nikt nie jest tak bezduszny i egoistyczny jak ona... nie licząc ojca Kage. To już inna historia.
- O co ci chodzi? - zapytała zdziwiona.
- Nie udawaj - zacisnęłam ręce w pięści, czując jak w moich żyłach płynie energia. Lampa stojąca z tyłu przy chodniku pękła, ale się nie odwróciłam. Jeszcze mogłabym ją stracić z oczu, uciekła by, a ja już na zawsze byłabym wpisana w karty u policji, a oni by mieli na mnie oko. - To ty zabiłaś tego policjanta, smarnęłaś mi na drodze uśmiech z jego krwi tym samym wrabiając mnie w jego zabójstwo - powiedziałam. Astrid chwilę milczała, dość długo, a nawet za długo. - Mów! Po jaką cholerę to zrobiłaś?!

<Astrid? Tłumacz się xd>

Od Kage cd. historii Jodie

Wbiłem w nią wzrok. To oczywiste, że się mnie boi. I mnie i innych. To nie jest normalne, że mieszka się z wampirem. Rozumiałem ją. Chciała żyć jak dawniej. Bez zmartwień, że kogoś zabije, bez zmartwień, że ja albo kot coś jej zrobimy.
— Wiem — mruknąłem, spuszczając wzrok. Przez ten czas wiele się zmieniło. Nie robię już kawałów co drugiemu napotkanemu człowiekowi, nie jestem tym samym wampirem co kiedyś.
— Nie wiesz. Nie będziesz się czuł jak ja — spojrzała na mnie z lekki wyrzutem.
— Ale się staram. Wiem, że ci ciężko — westchnąłem, patrząc na czajnik.
— Siema dupki — do kuchni wszedł zaspany kocur — Jak było na pseudo RANDCE?
Obróciłem się w jego stronę zły. Judy już szykowała się, aby mu nawtykać, ale powstrzymałem ja ręka.
— Skoro już zrobiliśmy sobie wieczór wyznań, to może powiesz co ci nie pasuje, że poszliśmy na randkę? — zacząłem go podpuszczać. Skoro nie dociera do niego, że nie jesteśmy parą, może się uspokoi gdy utwierdzimy go w jego głupich teoriach.
— C-co? — usiadł i spojrzał na dziewczynę zdziwiony, po czym przeniósł ten wzrok na mnie. — To Ciebie ktoś chciał?
— Przestań. Ja się ciebie nie czepiam jak kradniesz mi zwierzaka — fuknęła dziewczyna. Kocur położył po sobie uszy, i podniósł ogon.
— Dobra, ale potem nie marudź Kage jak jakaś laska złamie ci twoje wielkie serducho — Warknął i wyszedł z wielkimi pretensjami.
— Czyli nie zaprzeczasz, że coś jest między tobą i Kazumą? — wytężyła słuch, czekając na odpowiedź kota. Niestety takowej nie otrzymała.
— Przepraszam za niego — Podrapałem się nerwowo po głowie, upijając łyk herbaty. Była słodka, lekko smakowała karmelem. Ach, uwielbiam Holenderskie herbaty.
— Nie przepraszaj, zdążyłam się przyzwyczaić, że traktuje mnie rzeczowo — fuknęła i spuściła wzrok.
— Kiedyś mu przejdzie. Na pewno, a jak nie, to może przestanie chociaż tak wyolbrzymiać problemy — oparłem się łokciem o stół. — Wiesz, jak był mały to gniewał się, bo olałem go przez moją koleżankę.
Zaśmiałem się na samo wspomnienie. Wtedy nic nie mówił, ale robił jej strasznie na przekór. Wyglądało to gorzej niż jego relacja z Jodie.
— Ma powody zęby mnie nie lubić — zaczęła zdrapywać jakąś plamkę z stołu.
— Nie ma. Po prostu jest czysto z a z d r o s n y! — krzyknąłem żeby słyszał. Nie odpowiedział, nie przyszedł. Ale pewnie nerwy zżerały go od środka.
Zapadła chwila ciszy, w której rozważałem co powinienem powiedzieć. Zapewne coś co mogło by ja pocieszyć, wesprzeć.
— Tęsknił bym za tobą — to jedyne co mogłem wykrzesać na ostatnia chwilę. — Jesteś teoretycznie częścią mojego życia.
Spojrzała na mnie zdziwiona, ale z dziwnym zawiedzeniem w oczach.
— Dałaś mi coś dzięki czemu moje życie nie jest już tak nudne, ale jednocześnie trochę normalniejsze. Czuje się przy tobie jak człowiek, a nie jakiś dzikus z lasu, który zabija wszystko co popadnie, bo ma ojca wampira — kontynuowałem — Jestem ci też wdzięczny.
Westchnęła, odwróciła wzrok i burknęła coś niezrozumiałego pod nosem.
— Sprawiłam ci sporo problemów moimi mocami — rozłożyła ręce przed sobą i zaczęła się im przyglądać.
— Masz je przez mojego ojca. to też moja wina. To ja tobie przysporzyłem problemów. Powinienem cię za to przeprosić. — zacząłem się zastanawiając dlaczego tego jeszcze nie zrobiłem. Przypomniało mi się jak ojciec traktował Jodie. Jak śmiecia, dziwkę, przedmiot - jego eksperyment. Przez myśl przeszło mi jak traktował moja matkę. Jeśli tak samo okropnie, to nie chcę go znać... — Czuję się z tym okropnie.
"Powinieneś czuć się wspaniale, przez to, że ją znasz" - głos Kazumy przeszedł mi przez myśli. Tak było, cieszyłem się, że ją znam, ale wyrzutów sumienia nic nie zakłóci.
— Wiesz, czasem się zastanawiam co u moich dawnych znajomych — upiła trochę herbaty. Uśmiechnąłem się do niej serdecznie.
— Jeśli masz ochotę możesz do nich iść gdy będziesz mieć wolne od pracy — odparłem, właściwie nie wiem po co. Gdyby chciała, już dawno by to zrobiła, prawda? — Jacy oni byli?

<Jodie?>
Szablon wykonała Sasame Ka z Panda Graphics