24.07.2018

Postanowienie

EVENT.

W chwili obecnej wiadomo, że event będzie pisany grupowo i najpewniej ostatnia osoba będzie wytypować osobę, która ma napisać następną treść (najwięcej głosów). Co do fabuły eventu, jednym głosem wygrała opcja "ucieczka z laboratorium lub innego pomieszczenia". Jeśli chodzi o termin, nie potrafię dokładnie określić, kiedy event się zacznie (tym bardziej, że nie ma jeszcze ludzi). Jednak spróbuje nieco przybliżyć termin dzięki waszym odpowiedziom: zapewne w sierpniu, w weekendy, w godzinach wieczornych.
W chwili obecnej będą trwały zapisy. Wiele z was nie ma czasu, ma pracę lub ma inne problemy: mam nadzieje, że przeszkody szybko znikną i ktoś jednak postanowi dołączyć.

WAŻNE.

Już teraz trwa remont bloga, dlatego odradzam nowym, którzy mają zamiar dołączyć, na czytanie zakładek, czy wypełniane formularza, by uniknąć niepotrzebnych nieporozumień.

EDIT 14.08
Można już wypełniać formularz, mimo to pamiętajcie, że blog nie został dokończony i nie ma jeszcze miast, co może być utrudnieniem do wypełniania formularza.

18.07.2018

RPG na discordzie - ankieta

Moi drodzy,
Ileś czasu temu pojawił się pomysł zrobienia kolejnego eventu, ale tym razem pisanego na discordzie, by tę naszą małą społeczność Iterum ze sobą zbliżyć i lepiej się poznać. Aby event odbył się bez przeszkód i zbędnych porozumień, prosiłabym o wypełnienie poniższej ankiety, w celu organizacyjnych. Planuje ogłosić wyniki w poniedziałek (23.07) jeśli zbierze się dość dużo głosów. Jeśli będzie trzeba, przedłużę termin. Mam nadzieję, że o żadnym pytaniu nie zapomniałam.
Jeśli zbierze się odpowiednia liczba chętnych (min. 5 osób) do 30.07 (drugiego poniedziałku) event powinien zostać już zorganizowany.
To chyba tyle. Zapraszam do wypełnienia ankiety, której link pojawi się także na discordzie.

Znalezione obrazy dla zapytania ankieta png

15.07.2018

Od Andrea cd. hisotrii Margareth

Zacznijmy od tego, że nigdy nie byłem dobrym człowiekiem.

Cóż, taka prawda, moja droga publiczności. Niewątpliwie posiadałem pozytywne aspekty, lecz, umówmy się, nie rekompensowały one długiej listy moich wad. Gdy zamykałem oczy, wertując własną przeszłość, przesuwały się przed nimi obrazy mniej lub bardziej występne, większe i mniejsze podłości i okrucieństwa, rzeczy niegodne, niehonorowe i wyrachowane. Moja dotychczasowa egzystencja wydawała się wówczas tak nieprzychylna, a sceny z niej wyjęte takie godne pożałowania. Przyznam, że niekiedy nawet czułem się nieco pokrzywdzony przez opatrzność za ciągłe podkładanie mi nóg, choć oczywiście nie miałem takiego prawa. Nie mogłem za każdym razem szukać dla siebie usprawiedliwienia, więc nie robiłem tego. Akceptowałem obecny stan rzeczy, Cavalcantiego sukinsyna, łamacza serc, łotra i pana Lumiere. Kłamałbym, gdybym powiedział, że sam nie wybrałem takiego życia. Byłbym skończonym obłudnikiem, zarzekając się, że go nie lubiłem.

...Chociaż... być może rzeczywiście nie zawsze byłem zepsuty, jak twierdzi Albert.

W końcu nikt nie rodzi się zły do szpiku kości, prawda? To też niezupełnie było tak, że geny Cavalcantich już na samym stracie uczyniły ze mnie niezły numer, tylko... wszystko to, co miało miejsce później. Wiem, że bardzo was to zdziwi, jednakże ja niestety musiałem się wdrażać w byciu łotrem. Nie miałem skurwysyństwa zapisanego w genach, lecz, zgoda, posiadałem do niego pewne predyspozycje. Powinniście zrozumieć, że stasowanie nieczystych chwytów było moim sposobem na radzenie sobie i, chociaż wybrałem tę ścieżkę świadomie, kroczenie nią nie sprawiało mi przyjemności. Po prostu nie miałem innego wyjścia. Przetrwanie od najmłodszych lat wymagało ode mnie bezwzględności, sprytu oraz kłamstw, kłamstw i kłamstw. Aż za dobrze wiedziałem, że życie nie pochyla się nad nieudacznikami, więc robiłem co mogłem, żeby ugrać jak najwięcej możliwie najmniejszym kosztem. Wiedziałem też, że nie mogę liczyć na pomoc. Nie powiem niczego nowego, stwierdzając teraz, że ludzie rzadko bywają bezinteresowni i nieco przeliczył się ten kto uważa, że w swojej najczarniejszej godzinie ujrzy las rąk gotowych mu pomóc. Nie, mon amis, to tak nie działa, ludzie kopią leżących. I ja nie byłem wyjątkiem. Jeżeli zależy ci na zwycięstwie, musisz dobrze poznać zasady gry, nawet jeżeli nie są zbyt humanitarne.
Nie zrozumcie mnie źle, nie byłem z siebie specjalnie dumny, słowo honoru, lecz co mogłem zrobić? Nie byłem dobry w byciu dobrym. Miałem wrodzony talent do wybierania najgorszych możliwych opcji. Zresztą, ze szlachetnością w przeciwieństwie do szalbierstwa, nie było mi do twarzy. Od dziecka wewnętrznie czułem, że moja droga nie jest ścieżką światła, a przyszłości nie zostanie wyściełana różami rzuconymi z wdzięczności, miłości i oddania. Dobrze rozumiałem, że nie zostałem stworzony kimś łagodnym i pełnym życzliwości, i nigdy nie będę cichym ogrodnikiem, kimś szlachetnym, swoistym wzorem do naśladowania przez małe żuczki. Jedni rodzą się złotymi chłopcami o sarnich oczach, inni złożonymi jak cień mistrzami fałszu. Nie ja to wymyśliłem.
Może to wszystko brzmi okrutnie. Może nie mam racji. Ale świat, który znałem, wyglądał w ten sposób. Świat, który mnie stworzył nie był miejscem słabości.
To nie oznacza jednak, że żadnych nie miałem. Tak, brawo - alkohol. Mój stary nawyk, idealne znieczulenie na czas sytuacji kryzysowych. Wziąć garść środków nasennych, popić końską dawką whisky i czuć się tak... cudownie źle. Pławić się we własnym nieszczęściu i być tak wspaniale obolałym po konfrontacji z niesatysfakcjonującą rzeczywistością. Nie wstydziłem się, że lubiłem zapijać żale. Mało kiedy również interesowało mnie co potem robiłem. Najczęściej mówiłem rzeczy, których sam bym się po sobie nie spodziewał - procenty skutecznie rozwiązywały mi język, co rzecz jasna stanowiło ich najpoważniejszą wadę. Niekiedy prowokowałem, szukałem zaczepki i podkoloryzowałem ujrzane sceny. Bywało, że wdawałem się w bójki. Skandale ze mną w roli gwiazdy były dosyć powszechne. Prasa miała o czym pisać, a mi przybywało sławy. Żyć nie umierać. Czego chcieć więcej?
D'accord, czas najwyższy przejść do meritum. Sytuacja sprzed kilku godzin nie była standardowa. Nie byłem w stanie jej zbagatelizować i puścić w niepamięć jak większości swoich ekscesów, i pierwszy raz od bardzo dawna, trzeźwiejąc, poczułem zażenowanie.
Istnieje tylko jedno uczucie, które nie traci na sile, nieważne, ile czasu minęło. Miłość jest krucha i zaślepia; wesołość ulotna i ogłupiająca, gniew szybko się wypala, ale wstyd... nie traci swojej intensywności. Nawet po latach smakuje tak samo. I zdecydowanie nie był moim ulubionym uczuciem.
Wyglądało na to, że czekała mnie długa pogadanka z Margareth. Zastanawiałem się czy uda mi się nie odwrócić wzroku, gdy dojdzie do konfrontacji tête-à-tête.
Czasem słyszę lub czytam jak ludzie mówią tego się nie da wyrazić słowami. Błąd. Zawsze uważałem, że jeśli posiada się odpowiednio bogaty zasób słownictwa można przy odrobinie fantazji opisać wszystko.
Mówią też, że wyjątek potwierdza regułę.
Moim wyjątkiem była relacja łącząca mnie z Margareth. Mało tego, nie tylko relacja, lecz również wszystkie uczucia, jakie do niej żywiłem. Na zmianę miałem ochotę wygarnąć jej za to, co ze mną robi, błagać na kolanach o atencję i czule objąć ramionami i przytulić do serca. Raz byłem bliski łaszenia się do niej jak bezpański kot, innym razem unosiłem się  dumą i tylko chłodno taksowałem ją z wyższością, zupełnie jakbym był ponad tym. Przerażało mnie, do jakiego stanu skłonna była doprowadzić mnie jednym słowem, drobnym gestem czy przelotnym spojrzeniem. Zapewne nie wiedziała o tym, lecz rozbicie mnie psychicznie przychodziło jak równie łatwo co pstryknięcie palcami. Wierzcie albo nie, ale z reguły niełatwo pozbawić mnie rezonu i musiałbym się dłuższą chwilę zastanowić, aby wskazać kogoś innego, komu ostatnimi czasy w ogóle by się to udawało. Margareth najwyraźniej miała jakiś pieprzony dar. Sprawiła nawet, że zaczęło mi doskwierać poczucie winy i, dobry Boże!, w pewnym momencie skłonny nawet byłem okazać skruchę, jeśli tylko oznaczałoby to zawieszenie broni. Poza tym, dzięki niej niemal uwierzyłem, że faktycznie jestem skończonym tchórzem z gównem zamiast godności. To już chyba samo w sobie mówi wystarczająco wiele, prawda?

Pod drzwiami pokoju Margareth znalazłem się wieczorem. Zamierzałem kuć żelazo póki gorące - starannie wyjaśnić wszystko natychmiast, bez zwlekania i udawania, że nic się nie stało, i oczywiście zrobiłbym to od razu, tyle że przypuszczałem, iż wolałabym odbyć tę rozmowę, gdy przestanę balansować na granicy samoświadomości. Kilka godzin wystarczyło, abym stanął, powiedzmy, na nogi. Okazało się też wystarczającym czasem, żeby się odpowiednio przygotować. Uznałem bowiem, że naręcze kwiatów to wcale nie taki zły pomysł. Nadal nie miałem okazji dowiedzieć się jakie Margareth lubi najbardziej, więc postawiłem na tradycjonalizm i zaopatrzyłem się w róże, tyle że białe, licząc, że przekaz podprogowy okaże się wystarczająco czytelny. „Nie mam złych intencji. Chcę się pogodzić. Liczę na rozmowę w pokojowych warunkach, to znaczy bez tłuczenia wazonów i trzaskania drzwiami.
 - Puk, puk - powiedziałem, wchodząc.
Okna pokoju wychodziły na zachód i wnętrze pomieszczenia ogrzewała ciepła łuna zachodzącego słońca. Margareth leżała już w łóżku i nie widziałem jej twarzy. Jeżeli spała, miałem wyjątkowego pecha. Schowałem bukiet za plecami i podszedłem do ściennego lustra w ciężkiej ramie. Tafla została rozbita i pozostały z niej jedynie dwa ostre, pokryte pajęczynami kawałki. Reszta opadła na dywan. Kruchy odłamek zachrzęścił, gdy przypadkiem na niego nastąpiłem. Odwróciłem wzrok, unikając spoglądania na własne odbicie. To była twarz Diego. Oblicze naszego ojca. Te same rysy. Jak mogliśmy być porządnymi ludźmi, skoro wychowywał nas potwór? Kto miał nauczyć nas człowieczeństwa, skoro wokół nas były same wilki?
Margareth uniosła się na ramionach i spojrzała na mnie pytająco. Dla własnego dobra nie pozwoliłem sobie zawiesić na niej wzroku. Nie powinienem dać się rozproszyć.
 - Chyba najwyższy czas pomówić w cztery oczy, donna - zawyrokowałem rzeczowym tonem, żartobliwie podpierając się pod boki. Uśmiechnąłem się tradycyjnie połową ust, jednym kącikiem, lecz w połączeniu z tym, co leżało mi na sercu wyglądało to raczej tęsknie i smętnie niż zuchwale i uwodzicielsko.
Margareth powoli usiadła.
 - Mieliśmy to już za sobą, ale... - uciszyłem ją gestem ręki, sam zaskoczony tym, że podziałało.
 - Doskonale wiem, co zamierzasz mi powiedzieć i przepraszam na to, chere. Za to i za całą resztę. -
usiadłem na brzegu łóżka. Ramiona opadły mi same, a na twarzy zabłąkał się zmęczony, bezbarwny uśmiech. Mimo że z mojej duszy już dawno pozostały zgliszcza, serce odżyło, gdy zorientowało się, że ona siedzi tuż obok. Naiwne. Miałem ochotę wydrzeć je z piersi. - Czasem zachowuję się... nierozsądnie. Mille pardons, przepraszam po tysiąckroć.
Być może mogło to wyglądać tak, jakbym właśnie przepraszał Margareth za to, że wyznałem jej miłość. Otóż nie. Przepraszałem ją za to, że zrobiłem to w tak żałosny sposób. Zasługiwała na coś więcej niż mój pijacki bełkot. Ale na tym nie kończyły się moje przewiny. Przepraszałem ją za to, że ją zaniedbywałem, byłem wobec niej oschły, że odnosiłem się do niej w tak nieprzyjemny sposób, że nie potrafię okazać, że mi na niej zależy i, na Boga, za wszystko, co musiała przejść z powodu moich kaprysów. Wymienienie tego wszystkiego nie byłoby dla mnie proste. Nawet nie wyobrażałem sobie, że byłby zdolny to zrobić, skoro samo pardon ledwie przechodziło mi przez gardło. Tak właśnie zostałem wychowany - aby nigdy nie korzyć się, nigdy nie przepraszać, a już na pewno nie kobiety. Swoją drogą, skrucha istotnie smakuje wyjątkowo podle. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to powiem, ale gorzej nawet od najtańszej wódki. Kto pił, ten wie o czym mówię.
 - Nie wiem, czy potrafisz jeszcze wierzyć w moje słowa, ale i tak powiem to, co powinnaś była usłyszeć już dawno temu. Nie jest to kolejne godne politowania wyznanie, ale... potrzebuje cię. I tu nie chodzi tylko o to. Jesteś mi niezbędna. Kocham cię. Pragnę cię. Jakkolwiek oczywistym wydaje się to kłamstwem, tak wielką jest prawdą. I wiem, że tobie też kiedyś na mnie zależało. W końcu dałaś mi życzenia, nie zrobiłabyś tego, gdybyś nie chciała mnie uszczęśliwić. Prawda? - W tym pytaniu nie było pewności. Brzmiało, jakbym szukał potwierdzenia, że dedukuję właściwie. Zacisnąłem zęby i odruchowo pochyliłem głowę, aby spojrzeć na zawieszkę w kształcie lampy ukrytą pod moją koszulą, nie bacząc, że tylko mnie to zdradziło. Ludzie z pewnym powodów lubią mieć przy sobie rzeczy należące do osób, które są im bliskie. Dlatego też matki wymieniają się z córkami biżuterią, przyjaciółki dają sobie nawzajem ubrania, a ojcowie synom ich pierwszą skrzynkę z narzędziami. - Ale, zrozum, miałem już wszystko, czego może pragnąć człowiek. Pieniądze, sukces, sławę, namiastkę władzy... to już nic dla mnie nie znaczy. Jeżeli zależy ci na moim szczęściu, zostań ze mną. Dla mnie największym szczęściem jest twoja bliskość. Mój Eden to nasza jedność nastrojów, charakterów i myślenia. Szczytem moich marzeń jest po prostu trzymać cię za rękę.
Liczyłem, że zrozumie, co jeszcze kryło się w tych słowach i że obietnica w moich oczach nie uszła jej uwadze. To było tylko ciche zapewnienie, ale można było z niego wyczytać wiele.  
Poprawię się. Dla ciebie będę doskonalszą wersją samego siebie, tym pieprzonym ideałem, za którym szaleją te wszystkie napalone lolity. Wiem, że, to prawda, ciągle wiele ukrywam, ale nie robię tego ze złośliwości, tylko za strachu i przysięgam, odkryję się, jeśli będę w stanie.
Tylko dla ciebie. 
Zgadza się, przegrałem. Miała mnie w garści. Przyznając się do błędu, dałem jej nóż do ręki, byłem na jej łasce. Lecz gdy patrzyła na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, czułem się raczej jak wybraniec niż przegrany. Dla tych oczu oświadczyłbym się jej od zaraz.
Ogółem mówiąc, cóż, byłem sobą poniekąd rozczarowany. Zawsze uważałem, że żadnej nie uda się zdobyć mojego nazwiska i żyłem w tym przekonaniu aż do tej pory. Margareth oddałbym je sam, mere de Dieu, byłbym skłonny błagać, żeby je przyjęła, gdyby wymagała tego sytuacja. Margareth Cavalcanti, śliczna kwiaciarka, dżin i pani Lumiere. Idealnie. Niezaprzeczalnie doskonale. Powinienem teraz dać jej te kwiaty, tyle że przez nieuwagę zostawiłem je na komodzie. Bywa.

<Margareth?>

14.07.2018

Od Ashtona cd. historii Dante +18

- Ale nie do końca. W chwili obecnej mogę obiecać, że nic im nie zrobię, ale dalej pamiętam, jaką krzywdę nam wyrządzili – powiedziałem z przymkniętymi oczami.